Stłuczka

Nasz samochód potrzebował małej naprawy. Szczerze powiem, że już dziś nie pamiętam co było naprawiane – hamulce, łożyska, czy może coś w tym temacie. W każdym razie samochód zawiozłam do Dirka, a od niego znów dostałam Lancie Ypsilon. Autko małe i bardzo już wyeksploatowane, ale ważne, że miałam czym jeździć.
Musiałam przecież zawieźć dzieci do szkoły i z tej szkoły je odebrać. No i musiałam mieć czym wozić pocztę.
Pewnego pięknego styczniowego piątku zawiozłam więc dzieci do szkół i wyruszyłam na rejon. Nie miałam już rejonu w Harmelen, tylko dwa rejony w Kamerik i jeden w Woerden, więc byłam pełna optymizmu, że zrobię je szybko, a potem odbiorę dzieciaki i mam weekend.
Niestety nie wzięłam poprawki na śnieg i oblodzone drogi, po których trzeba było jeździć baaardzo uważnie.
Skończyło się tym, że zrobiłam rejony w Kamerik i musiałam wracać po dzieci do Woerden. Najpierw musiałam odebrać syna ze szkoły, bo on kończył wcześniej.
Podjechałam pod szkołę… Nie lubiłam tam jeździć bo dojazd do szkoły to była jakaś masakra. Nie pamiętam czy już to kiedyś na blogu opisywałam, ale droga do szkoły to boczna uliczka na osiedlu domków jednorodzinnych. Takich dróg dojazdowych w NL jest około mnóstwo. Są bardzo kręte i bardzo często zastawione przez parkujące przy chodniku samochody osobowe.
Na tych uliczkach nigdzie nie ma zakazu parkowania, więc kierowcy parkują jak popadnie – na ulicy, dwoma kołami na chodniku, całkowicie na chodniku, na zakręcie i tak dalej. Trzeba jechać bardzo wolno, żeby nie przyhaczyć zaparkowanego samochodu ani nie zderzyć się z samochodem jadącym z naprzeciwka.
Uliczka ta kończyła się zatoczką, w której można było zaparkować kilka samochodów. Kilka czyli około 8, w porywach 10. Reszta odbierających rodziców parkowała gdzie popadnie, czyli jak już opisałam powyżej. Najważniejszą zasadą było to, żeby nie tarasować wyjazdu innemu samochodowi oraz wyjazdu z posesji. Reszta to wolna amerykanka….
No ale dziecko trzeba odebrać… Na szczęście nie musiałam długo czekać na syna, więc nie drażniło mnie to że zaparkowałam w dziwnym miejscu…
Wycofałam i ruszyłam w drogę powrotną.
Jechałam ostrożnie, bez przyspieszania, bo doskonale wiedziałam, że droga jest oblodzona i widoczność utrudniona poprzez inne zaparkowane pojazdy. Nagle zza zakrętu wyjechał inny samochód. Pomimo tego, że jechałam powoli na jakikolwiek manewr było już na późno – ani jak wykręcić, ani jak zahamować. Samochód prowadzony przeze mnie sunął prosto jak po sznurku w stronę tamtego auta.
Usłyszałam stuk i poczułam szarpnięcie. Byłam przerażona, bo przecież to nie było moje auto, a w dodatku jak się tu dogadać z tym drugim kierowcą…
Wysiadłam, mój syn też. Kierowcą tamtego auta również była kobieta, więc miałam nadzieję, że dojdziemy do porozumienia.
Obejrzałam „swoje” auto i stwierdziłam, że jest nie uszkodzone. Za to auto tej pani miało małe wgniecenie. Dobrze, że nie jechałam z większą szybkością…
Niestety, pani od razu chciała dzwonić na policję. Mnie chciało się płakać… Czas mnie gonił, córka czekała już pod szkołą i nie miałam jak dać jej znać że coś się stało, poczta jeszcze nie rozwieziona, na policję trzeba przecież czekać i na dodatek co powie Dirk????
Próbowałam coś tam tej pani tłumaczyć, mój syn również, ale dopiero inna kobieta, która wyszła z pobliskiego domu powiedziała, że policja wcale nie jest potrzebna. Że mam podać swoje dane kontaktowe i po sprawie.
Ja musiałam wytłumaczyć ten kobiecie, że samochód nie jest mój. Napisałam jej swoje imię i nazwisko oraz nr telefonu, ale głównie podałam jej nr telefonu Dirka. Ja nie mogłam do niego zadzwonić, bo niestety nie miałam już nic na karcie.
W końcu mogłam odjechać. Byłam roztrzęsiona, ale jakoś musiałam się trzymać. Trzeba było jeszcze odebrać córkę spod szkoły…
Córka już się niecierpliwiła, a ja chciałam jak najszybciej znaleźć się w domu. Olałam więc dwa baki poczty i wróciłam do domu.
W domu opuściły mnie wszystkie siły – poszłam do sypialni, schowałam się pod kołdrę i najzwyczajniej w świecie rozpłakałam się.
Dopiero jak córka przyszła z gorącą herbatą to usiadłam na łóżku i powiedziałam jej dokładnie co się stało.
Ona zadzwoniła do Dirka i wszystko po kolei mu opowiedziała. Dirk powiedział, że mam się nie przejmować, że tak naprawdę to nic się nie stało, że to tylko samochód i mam się nie stresować.
Łatwo mu było mówić… Ja byłam na 100% pewna, że nasza znajomość właśnie się kończy i że już od niego więcej auta zastępczego nie dostanę.
Teraz już wiem, że się myliłam, ale wtedy w stresie myślałam inaczej…
Po rozmowie z Dirkiem moja córka zadzwoniła do Sandd i powiedziała, że mama miała niegroźną stłuczkę, że wszystko jest ok, ale że poczta jest nierozwieziona… Mój koordynator też powiedział że nie ma się czym przejmować, że to tylko auto, że ważne ze nikomu nic się nie stało. Zapytał też czy mogę pocztę dostarczyć w sobotę
– Nie wsiadam jutro do samochodu!!- Zaprotestowałam
– Ok, nie ma problemu. Proszę resztę przesyłek dostarczyć z pocztą we wtorek…
Odetchnęłam. Miałam kilka dni na uspokojenie nerwów.
Gdy następnego dnia rano Dirk przywiózł mój samochód to jeszcze raz powtórzył, że nie ma żadnego problemu, a autem nie warto się przejmować.
Ja w stresie a on uchachany od ucha do ucha – było to dla mnie bardzo dziwne…
Mój mąż wytłumaczył mi potem, że Dirk jako  mechanik samochodowy z pewnością dogadał się z tą kobietą, że naprawi jej to auto za darmo i z pewnością żadne z nich nie poniesie konsekwencji w zakresie ubezpieczenia…

Reklamy

Mandaty, Boże Narodzenie i Sylwester 2010

Jak już wcześniej pisałam, po odebraniu mi zasiłku chorobowego wszystko zaczęło się sypać.
Mąż dostawał tygodniówki, a z racji tego że nie miał stałej ilości godzin w tygodniu to wysokość tygodniowej pensji była różna.
Zaczęło brakować na opłaty. Na dodatek doszły koszty benzyny, bo nie dość, że musiałam podwozić męża do miejsca z którego zabierał go Mariusz, to jeszcze raz w tygodniu musiałam wozić go na kurs i z tego kursu odbierać. A gdy Mariusz pojechał na zasłużone dwutygodniowe wakacje to nie ma zmiłuj – codziennie musiałam męża do tej pracy zawozić i z niej odbierać. Remonty dróg i objazdy na rejonach też robiły swoje, ale nie było wyjścia….
Żyłam w ciągłym biegu – mąż do pracy, poczta do samochodu, dzieci do szkoły, rejon, dzieci ze szkoły, rejon, mąż z pracy, czasem znowu rejon, obiad, segregowanie poczty, zakupy, czasem sprzątania u ludzi… wszystko szybko, żeby zdążyć.
W efekcie tej bieganiny pewnego pięknego dnia w swojej skrzynce pocztowej znalazłam aż 4 mandaty, wszystkie z jednego tygodnia, niemal dzień za dniem.
Po dwóch dniach powtórka – kolejne 4.
Złapałam się za głowę – 8 mandatów w ciągu miesiąca, wszystkie z okresu kiedy Mariusz był na urlopie i nie mógł zabierać mojego męża. Wszystkie z jednego radaru….O jeżu kolczasty!!!!
No tak, na drodze z Woerden do Bodegraven jest miejsce gdzie jest ograniczenie prędkości do 50km/h…
Pomyślałam, że nie jest tak źle, bo mandaty mają dość długi okres płatności, ale i tak nie miałam pojęcia skąd mam na te mandaty wziąć. Oczywiście byłam zarejestrowana jako bezrobotna, ale mijały tygodnie a UWV milczał…
Odezwali się tydzień przed Bożym Narodzeniem. Oczywiście usłyszałam, że zasiłek mi się nie należy, bo mam zaświadczenie od lekarza, że noga nie jest do końca sprawna. Mam się zgłosić do oddziału wypłacającego chorobowe…
Wściekłam się. To UWV z Leiden twierdzi, że skoro noga jest sprawna w 50% to zasiłek mi nie jest potrzebny i mam sobie szukać pracy, a UWV Utrecht twierdzi, że skoro noga jest w 50% niesprawna to mam iść na chorobowe…. Kołomyja.
Grzecznie ale dosadnie, na tyle na ile pozwalał mi mój łamany angielski plus holenderski wytłumaczyłam miłej pani w słuchawce, że zostałam bez środków do życia, bo nie należy mi się ani chorobowe, ani zasiłek i chyba pójdę z rodziną pod most i żebrać. Dodałam że czuję się dyskryminowana i że takie przypadki jak mój powinny być rozpatrywane indywidualnie…
Poskutkowało połowicznie – w styczniu dostałam zasiłek za 3 miesiące wstecz, ale na tym się niestety skończyło.
Świąt nie mielibyśmy w ogóle, gdyby nie nasza stara znajoma z Interchicken – Boguśka. która pożyczyła nam 200€. Strasznie długo jej to potem oddawałam, ale przynajmniej mieliśmy w miarę tradycyjne Boże Narodzenie.
W dodatku na rynku w Woerden udało m i się kupić „małego” karpia. Małego w cudzysłowie, bo to maleństwo ważyło 2,5 kg…
Cieszyłam się jak dziecko. Nie przeszkadzały mi nawet łuski, które bardzo ciężko było oskrobać. No ale czego się nie robi dla żołądka, podniebienia i tradycji…
Zanim zabrałam się za skrobanie rybki zadzwoniła moja mama. Oczywiście pochwaliłam się zdobyczą. A jakże.
Mama życzyła mi sukcesu w skrobaniu łusek i powiedziała, że mam uważać z nożem i ośćmi bo rana po rybie strasznie długo się goi…
Uporałam się z karpiem w miarę szybko jak na moje możliwości. Nie zapomniałam przy okazji przejechać sobie nożem po paluchu i oczywiście jak wykrakała wcześniej mama – goiło się niezmiernie długo i do dziś jest małą blizna…
Karp był zaplanowany do galarety i do smażenia. Oprócz karpia nie mogło zabraknąć barszczu (niestety z torebki), zupy grzybowej (ze zbieranych po kryjomu grzybów), pierogów (z polskiego sklepu), śledzi w śmietanie, ryby w occie, makówek i obowiązkowo kompotu z suszonych owoców. Do tego oczywiście gniecione ziemniaki, kapusta z grzybami i wino….
Tradycja przede wszystkim. Opłatek posłała teściowa wraz z kartką świąteczną.
Prezentów… niestety brak, jeśli nie liczyć słodyczy.
Święta tradycyjnie przed TV, w pierwszy dzień tylko byliśmy w Rotterdamie na polskiej mszy.
Sylwester zapowiadał się równie spokojnie. Mieliśmy bigosik, galaretę z kurczaka, jakąś tam sałatkę i oczywiście słodkie i słone przekąski.
I jeszcze mieliśmy katar i bolące gardło…. To znaczy ja miałam.
Przez skuty lodem rejon w Harmelen przeziębiłam się i swoje urodziny spędziłam na sofie pod kocykiem ze szklanką mleka z miodem i aspiryną. W tym kontekście Sylwester zapowiadał się równie szampańsko…
Ale w Sylwestra, gdzieś koło 15.00 zadzwoniła Bożena z zaproszeniem na imprezę do nich. Mieli być sami i serdecznie nas zapraszali.
Odmówiłam, ale jednocześnie zaprosiłam ich do nas. Powiedziałam że też siedzimy sami, ale ja jestem chora i nie dam rady prowadzić samochodu. Długo prosić nie musiałam. O 19.00 stawili się w komplecie, czyli w ilości sztuk dwóch – Bożena i Michał.
Przywieźli swoje wiktuały, swoje % i chęć do zabawy. Próbowaliśmy nawet tańczyć, ale ja z moją gorączką i bolącą nogą niezbyt się do tego nadawałam.
O północy wystrzeliły korki szampanów. Złożyliśmy sobie noworoczne życzenia a potem niemal cała wieś tradycyjnie wyległa przed domy na strzelanie fajerwerków.
Ja zostałam w domu, patrzyłam przez okno w rozświetlone kolorami tęczy niebo… Towarzystwo wróciło do domu po… godzinie wlokąc za sobą ogon w postaci trójki naszych starych znajomych z pracy w Schiutema C1000 – Jans, Cynthia i Kees. Cała trójka witała się ze mną jakby nie widzieli mnie z 10 lat…
Po kolejnej godzinie holenderscy goście wężykiem (efekt uboczny spożycia polskiej wódki) wyszli do domu, a nasza ekipa powędrowała grzecznie spać…
Rano sprzątaliśmy pobojowisko wspominając udaną zabawę.

Sandd

Pod koniec września, gdy sprzątałam dom Sandry znalazłam u niej ulotkę. Była to oferta pracy jako postbezorger, czyli po naszemu listonosz. Firma, która szukała pracowników nazywała się Sandd.
Szczerze powiedziawszy pierwszy raz o niej słyszałam…
Zapytałam Sandrę, czy mogę wziąć tę ulotkę, postanowiłam bowiem, że spróbuję znaleźć pracę na pozostałe dni i definitywnie skończyć ze sprzątaniami.
Po powrocie córki ze szkoły poprosiłam ją, żeby tam zadzwoniła. Ona zdecydowanie lepiej znała język, a ja bałam się, że się nie dogadam…
Córka zadzwoniła i po krótkiej rozmowie oddała mi słuchawkę
– Ten pan chce rozmawiać z tobą….
– Eeee, no dobra – Halo?
Po drugiej stronie słuchawki odezwał się ciepły męski głos i wyjaśnił, że woli porozmawiać ze mną osobiście, nawet po angielsku.
Zapytał mnie co robię, w jakiej firmie roznoszę przesyłki i w jakich rejonach. Okazało się, że moje rejony idealnie pasują do tych, na których Sandd potrzebuje ludzi i od razu pan zaprosił mnie na osobistą rozmowę do biura w Goudzie.
Pojechałam z duszą na ramieniu… Musiałam radzić sobie sama, bo córka była w szkole…
Niepotrzebnie się bałam – doskonale dogadałam się w sprawie pracy. Warunki roznoszenia przesyłek były identyczne – posortować ulicami (parzyste i nieparzyste), pospinać gumkami, wrzucać zgodnie z oznaczeniem, itp.
Jedyne różnice polegały na tym, że rejon w Kamerik był większy, czyli doszło mi kilka numerów domów po obu stronach kanału (Van Teylingeweg i Mijzijde), a oprócz tego pocztę roznosiło się we wtorki i piątki…
Trochę mi ten piątek nie pasował, bo zmieniłam sobie sprzątanie u Sandry z czwartku właśnie na piątek… Nie chciałam już kombinować i tak to zostawiłam. Musiałam się jakoś przemęczyć.
Różnica było też w sposobie rozliczania, bo okazało się, że Sandd płaci zdecydowanie więcej, ale nie zwraca kosztów dojazdu. Tak więc parę centów więcej miałabym za segregowanie sobie przesyłek, parę centów więcej za ich ciężar i za ich ilość, ale koszty dojazdów mogłam sobie odliczyć od podatku. Tyle, że dopiero w momencie składania deklaracji podatkowej, czyli w marcu/kwietniu następnego roku.
Takie rozliczenie wprowadziło mi kilka utrudnień. Po pierwsze to, że zanim odjechałam spod domu by roznosić pocztę musiałam spisać stan licznika kilometrów. To samo musiałam zrobić po powrocie i tym sposobem obliczyć mogłam sobie ilość przejechanych kilometrów. Musiałam o tym pamiętać, więc żeby nie zapomnieć woziłam notes z długopisem w widocznym dla mnie miejscu w samochodzie, a przez kilka pierwszych dni miałam na kierownicy naklejoną kartkę z napisem „LICZNIK!!!”
Jako, że trasa za każdym razem była taka sama, to i ilość kilometrów za każdym razem też musiała się zgadzać.
Tu pojawiało się drugie utrudnienie – woziłam dzieci do szkoły i jeździłam na sprzątania, więc ilość kilometrów nigdy nie byłaby taka sama, bo często-gęsto jechałam z pocztą prosto ze sprzątania, zaliczając jeszcze po drodze szybkie zakupy.
Wybrnęłam jednak z tego. Kilka razy po prostu po zawiezieniu dzieci do szkół lub po sprzątaniach wracałam do domu, pakowałam do samochodu kraty z przesyłkami i dopiero wtedy spisywałam licznik i ruszałam w rejon.
Trzecie utrudnienie pojawiło się znacznie później, gdy w Kamerik robiono remonty mostków, czyszczono kanał czy naprawiano drogę. Wtedy na pewnym odcinku droga myła nieprzejezdna i trzeba było wracać do początku ulicy i zaczynać z drugiej strony przeszkody. Wtedy podawałam faktycznie przejechaną liczbę kilometrów z adnotacją o objeździe. W końcu to nie moja wina, że był objazd i że przez pewien odcinek drogi nie można było przejechać ŻADNYM środkiem transportu…
Tak więc od tej pory pracowałam w dwóch firmach kurierskich jako doręczyciel drobnych przesyłek. W SANDD nikomu nie przeszkadzało to, że pracuję dodatkowo w konkurencyjnej bądź, co bądź firmie, a w DHL-u nawet nie mieli o tym pojęcia.
Czwarte i chyba ostatnie już utrudnienie stanowił fakt, że kurierzy SANDD nie chcieli zostawiać kontenerów pod drzwiami czy w otwartym garażu.
O ile więc kurier przywożący mi kraty z pocztą z DHL-u po prostu zostawiał je na wycieraczce, o tyle, na kuriera z SANDD musiałam zawsze czekać i osobiście odbierać kraty z przesyłkami. Czasem było to kłopotliwe, bo musiałam np. odebrać syna ze szkoly, albo być u kogoś na sprzątaniu.
Rozwiązałam jednak i ten problem….Wraz z córką coraz lepiej władającą holenderskim zapukaliśmy do drzwi naszych sąsiadów zza ściany. Córka wyjaśniła, o co chodzi i zapytała czy nie byłoby problemu, żeby zostawić sąsiadom klucze. Wtedy kurier SANDD po prostu wstawiłby kraty z przesyłkami do przedpokoju i byłyby tam bezpieczne. Ja ze swej strony musiałabym jedynie zamykać naszego psa w naszej sypialni.
Nasz sąsiad zgodził się bez wahania, więc zostawiłam mu klucz i zgłosiłam w centrali, że jeśli mnie nie będzie w domu mają pukać do sąsiada pod 8.
Plan dnia zdecydowanie mi się unormował, a nawet wypełnił do granic.
Każdego ranka zawoziłam dzieci do szkoły – córkę do Kalsbeek, a syna do Achtsprong. Dokładnie w takiej kolejności, bo córka nie mogła się spóźniać. Za każde spóźnienie były odpowiednie sankcje, czyli najczęściej zostawanie po zajęciach. Poza tym w końcu to była pierwsza klasa w nowej szkole, więc nie wypadało się spóźniać. Po drugie… po godzinie 8.00 w mieście robiły się straszne korki, rowerzystów było około mnóstwo, a jeśli dodać do tego remont naszej drogi głównej oraz głównej drogi w Woerden… Sami rozumiecie…
U syna w szkole był jeszcze luz – spóźniłeś się, no trudno. Zapisywane to było, ale nie wyciągano z tego większych konsekwencji. Szczególnie, jeśli uczniowie mieszkali daleko. Zdarzyło się nawet pewnego dnia, że zamiast na 8.30 dojechaliśmy z synem do jego szkoły na 9.15. Takich korków jak w ten dzień w naszym miasteczku jeszcze nie widziałam. Nie byliśmy wtedy jedynymi, którzy się spóźnili. A nawet okazało się, że spośród wszystkich dojeżdżających dzieci my byliśmy pierwsi…
Po zawiezieniu dzieci do szkoły w zależności od dnia tygodnia albo jechałam od razu na rejon albo na sprzątanie. Sprzątań miałam jeszcze 3 duże – u Gerlachów, u Nynke i u Sandry oraz jedno mniejsze, u Claire. Ze sprzątania u Mieke zrezygnowałam.
Oprócz tego miałam jeszcze pocztę do segregowania… Pełne baki przesyłek od dwóch dostawców. Pomyślałam, że skoro jeżdżę w tym samym rejonie to mogę tę pocztę połączyć razem, więc od razu po posegregowaniu przesyłek z DHL-a dołączyłam do tego przesyłki z Sandd. Od razu też okazało się, że rejony tak nie do końca się pokrywają, ale sprawdzając na mapie okazało się, że nie będzie z tym żadnego problemu.
Gdzieś w drodze pomiędzy szykowaniem obiadu a segregowaniem poczty albo pomiędzy rejonami trzeba było odebrać dzieci ze szkoły…
I znów przeważnie pierwsza była córka, bo ona kończyła o różnych porach.
Syn tylko w środy kończył o 12.00, a w pozostałe dni o 15.15.
Czasami było tyle przesyłek, że musiałam wracać na rejon z dziećmi. Było mi wtedy dużo łatwiej, bo ja tylko kierowałam samochodem, a dzieci wrzucały listy do odpowiednich skrzynek. Na osiedlach dzieliłam im pocztę na konkretne ulice, tym samym we dwójkę czy w trojkę roznosiliśmy to szybciej. Dzieci nie narzekały – wręcz przeciwnie, nie raz pytały, czy nie mogłyby nie iść do szkoły w zamian za pomoc na rejonie – cwaniaki 😉
I tak sobie chodziłam i jeździłam. Słońce i deszcz, wiatr i w końcu śnieg… Nie ma zmiłuj…
Z początkiem grudnia zadzwonił koordynator z Sandd z zapytaniem, czy nie chciałabym jakiegoś dodatkowego rejonu, bo ktoś tam się rozchorował… Rejon był w Kamerik, zaraz obok mojego, więc się zgodziłam. Do końca roku chodziłam już po 3 rejonach, a przed samymi świętami za moją zgodą dołożyli mi jeszcze Harmelen, i to dwa rejony na raz.
Gdy wróciłam któregoś dnia ze sprzątania w domu czekały na mnie…. 32 baki z przesyłkami. Listy, gazetki reklamowe, foldery, prenumerata, kartki z życzeniami świątecznymi od różnych firm. Segregowałam je do 2 w nocy, a rano na rejon…
Pakowałam posegregowane przesyłki do baków w kolejności ulic i numerów, a baki później w odpowiedniej kolejności do bagażnika samochodu. Do środka samochodu pod przednie siedzenie pasażera brałam pierwszy w kolejności bak i od razu kilka numerów wyjmowałam na siedzenie.
Cieszyłam się, że mam kombi, czyli baaardzo pojemny bagażnik, inaczej musiałabym się kilka razy wracać. Oczywiście baki były ciężkie i nie raz wyzywałam pomysł wzięcia dodatkowego rejonu, ale przecież dodatkowy rejon to dodatkowe pieniądze, a to nam wtedy było bardzo potrzebne…
Były nawet takie dni, że mąż wracał z pracy i też nam pomagał…
Kamerik miałam opanowany, ale tam też dostałam dodatkowe ulice. W pewnym momencie miałam wszystkie trzy rejony w Kamerik, czyli cale miasteczko. Było to o tyle dobre, że jak raz sobie opracowałam plan jazdy to się go trzymałam. Nie musiałam zawracać w połowie ulicy, bo kończył się mój rejon, tylko jechałam od początku do końca.
Opracowałam taką trasę, że niemal wszystkie ulice miałam po kolei.
Gorzej było w Harmelen, gdzie oczywiście kompletnie nie znałam miasta… Pierwszy raz był koszmarem, ale starałam się zapamiętać co i gdzie. Jak zwykle żeby nie było tak różowo był tam bardzo długi, kilkupiętrowy blok, w którym… wszystkie numery były kompletnie pomieszane… Jak by to wytłumaczyć… Najpierw były dwie klatki schodowe z numerami nieparzystymi, a w następnych dwóch były numery parzyste. Musiałam wziąć kartkę i zapisać kolejność numeracji…
W innym rejonie trafiłam na osiedle domków jednorodzinnych. Jedna ulica podzielona na trzy części. W każdej części numery „szły” po kolei, jednak znowu trzeba było zapamiętać, od którego do którego numeru wziąć przesyłki.
W trzecim rejonie inne osiedle domków podzielone było chodniczkami, w które trzeba było wejść by do konkretnego numeru wrzucić pocztę….
Na sam koniec perełka – kolejna ulica podzielona na części. Domy ustawione nie wzdłuż ulicy, a w poprzecznych korytarzach, podzielone na 25 numerów  każdym, do każdego trzeba wejść… Na szczęście z większości nie trzeba było wracać, bo z drugiej strony było przejście do kolejnego korytarza…
Na Harmelen trafiłam pomiędzy świętami a Nowym Rokiem. Zimno, śnieg na ulicach, lód na chodnikach i cała masa baków z pocztą…. W połowie tego wszystkiego chciało mi się wyć ze złości, ale nie mogłam. Były ze mną dzieci, które miały ferie świąteczne, był ze mną mąż, który miał urlop…
I choć palce u nóg prawie mi już odmarzały, a nos miałam czerwony z zimna dzielnie rozniosłam pocztę do końca, obiecując sobie jednocześnie, że nigdy więcej nie zgodzę się na tyle rejonów na raz…
Po powrocie oczywiście gorąca herbata, aspiryna i kołderka – na szczęście nie było żadnych chorobowych konsekwencji. Nawet kataru nie dostałam.
Za to wypłata z Sandd za miesiąc grudzień oscylowała w granicach 600€ i była to największa wypłata, jaką do tej pory dostałam za roznoszenie przesyłek. Dla mnie w tym czasie była to góra pieniędzy….

Kurs językowy z Quality

Jeszcze przed wakacjami, gdzieś na początku czerwca koordynatorzy uitzendbureau Quality poinformowali wszystkich swoich pracowników, że będą organizować kurs językowy, na który zapraszają wszystkich pracujących u nich Polaków.
– Oooooo!! – pomyślałam – to jest coś. Trzeba zapytać, czy mogę też z nimi chodzić.
Zadzwoniłam do Kristel, która jest jakby kierowniczką tego biura. Ona najlepiej orientuje się we wszystkich sprawach i najlepiej wszystko załatwiać bezpośrednio z nią. Tak więc powiedziałam jej wprost, że chciałabym móc skorzystać z tego kursu, zaproponowałam nawet że sobie za niego zapłacę. Powiedziałam, że wg mnie mojemu mężowi będzie łatwiej się uczyć, bo ja znam trochę angielskiego i coś tam już po holendersku. Będzie nas dwoje, będzie większa motywacja.
Kristel wyraziła zrozumienie i obiecała zorientować się, czy tak się da. Zaprosiła nas też na spotkanie informacyjne. Pojechaliśmy więc.
Na miejscu kłębił się tłum… Wszyscy pracujący przez Quality Polacy wyrazili chęć nauki. Tak trochę podejrzewałam, że to nie jest chęć szczera, ale raczej obawa, że jeśli nie pójdą na ten kurs to zostaną zwolnieni.
Na miejscu spotkaliśmy Tomka i jego „piękną” żonę Beatę, z którymi pracowaliśmy kiedyś w Schuitema. Tomek od jakiegoś czasu pracował w tej samej firmie co mój mąż ale na innym magazynie ale Beata nie umiała nigdzie znaleźć żadnej pracy. Dlatego też chcieli uczyć się razem.
Wysłuchaliśmy pana z gminy Gouda. Pan objaśnił, ze gmina wyda pieniądze dla polskich pracowników, aby ich zintegrować w pracy i poza pracą. Wypełniliśmy formularz i wróciliśmy do domu.
Po kilku dniach Kristel zadzwoniła do mnie i powiedziała, że mamy przyjechać oboje do biura, bo do tego kursu potrzebne są jakieś nasze dane. Pojechaliśmy po raz kolejny.
Kolega Kristel zaprosił nas do osobnego biura gdzie zaczęło się przepytywanie:
– jak długo mieszkamy w Holandii,
– gdzie mieszkamy, jaka to gmina,
– czy mamy dzieci
– czy i gdzie dzieci się uczą
– czy ja pracuję i dlaczego mam zasiłek
– dlaczego przyjechaliśmy do Holandii
– jak długo zamierzamy tu zostać
i takie tam inne.
Powiedziałam wszystko zgodnie z prawdą. Zapytałam jeszcze, kiedy ten kurs ma się rozpocząć, bo my wyjeżdżamy na wakacje. Koordynator uspokoił nas, że nie wcześniej jak we wrześniu, bo teraz wiadomo – vakantietijd.
Po raz kolejny zapytałam, czy na 100% będę mogła chodzić na ten kurs z mężem. Znów usłyszałam, że nie będzie żadnego problemu, że oni nas znają (a jakże) i że zrobią tak, że nie będę musiała za ten kurs płacić…
– Dobra – pomyślałam – pożyjemy, zobaczymy.
W duchu śmiałam się na to zdanie, że oni, czyli koordynatorzy Quality nas znają. Mojego męża i owszem, bo w końcu tam pracuje. Ale skąd mogą znać mnie, skoro ja rejestrowałam się tam ze 2 lata temu i tyle mnie widzieli. Nie mam z nimi umowy, nigdy u nich nie pracowałam.
Ale zgadza się, znają mnie dobrze. To ja jestem ta, która wydzwania do nich jak coś z wypłatą się nie zgadza, albo jak nie daj Boże wypłaty nie ma….
A tak się już kiedyś zdarzyło…. Mój mąż pracuje od poniedziałku do piątku i za ten przepracowany tydzień otrzymuje wynagrodzenie w następny piątek. Na początku jakoś mi to było za długo, bo w Adecco płacili już w środę, a tu trzeba czekać do piątku. No, ale mówi się trudno. Lecz kiedyś przyszedł piątek, a pieniążków nie ma. Rozumiem fakt, że skoro biuro ma konto w innym banku, to nie prześlą mi pieniążków w godzinę, ale to musi trwać, co najmniej 1 dzień roboczy.
Pomyślałam więc, że pewnie przelew zrobili w piątek rano i dlatego pieniążki jeszcze na moje konto nie doszły.
Dla pewności zadzwoniłam do Quality. Usłyszałam, że przelewy poszły. Trzeba czekać. Postanowiłam poczekać do poniedziałku.
Jako że poniedziałki w Holandii są zazwyczaj leniwe, bo zdecydowana większość sklepów i banków otwierana jest dopiero po godzinie 11.00 a nawet po 13.00 postanowiłam zaczekać do godziny 16.00. O tej godzinie zawsze w piątek pieniądze już były, więc tym bardziej powinny być w poniedziałek.
Nic.
Zadzwoniłam z zapytaniem do biura.
– To niemożliwe – usłyszałam – przelew zrobiliśmy w czwartek. Może była lub jest jakaś awaria w systemie banku albo inny problem. Poczekaj do jutra, rano pewnie już będą.
Gdy we wtorek o godzinie 15.00 nadal nie miałam pieniędzy wsiadłam w samochód i popędziłam do biura. Niemal od progu przedstawiłam się i zażądałam wyjaśnień, co z tą wypłatą….
Kristel poprosiła o chwilkę cierpliwości – sprawdzi… Poszła do innego pomieszczenia.
Po 10 minutach przyszedł do mnie jej kolega
– Przepraszamy, nastąpiła pomyłka – powiedział nie patrząc mi w oczy – ktoś, kto robił przelewy przypadkowo pominął nazwisko męża. Kristel już wysyła pieniądze
– Okej, rozumiem – nadal byłam zła – A czy nie można było tego sprawdzić już w piątek??
Facet wyglądał na skruszonego. Pomyślałam, że to pewnie on robił te przelewy
– Byliśmy pewni, że wszystko jest ok. Przepraszamy.
Odpuściłam. Sprawa wyjaśniona, pieniądze na koncie. Amen
Tak więc znali mnie dobrze koordynatorzy Quality…
Miałam nadzieję, że faktycznie zrobią tak, bym na ten kurs mogła sobie chodzić, nawet jakbym miała za niego zapłacić.
Po powrocie z wakacji o kursie była cisza. Ja też o nim zapomniałam, bo najpierw problemy z kartą i kontem, potem z zasiłkiem chorobowym, potem nowa praca…..
Pod koniec września mąż przyniósł informację, że kurs owszem jest, ale nie dla mnie….
Jak to? Ano tak, to, że jest za dużo chętnych i nauczycielka nie zgodziła się prowadzić grupy większej jak 20 osób…. Mąż będzie chodzić, ja niestety nie… Byłam zła, zła jak nie wiem co. Czułam, że on się tego języka sam nie nauczy. Będzie tam chodzić, siedzieć jak na tureckim kazaniu i nic a nic nie rozumieć….
Zadzwoniłam po raz kolejny do Kristel.
Usłyszałam to samo – sorry, ale musimy mieć miejsca dla tych, co u nas pracują, a jest ich dużo….
– No cóż, głową muru nie przebijesz – pomyślałam – Mówi się trudno. Mam książki z mojego kursu, może mąż przyniesie coś nowego i może będę się uczyć sama w domu…
Tak sobie myślałam, ale dobrze wiedziałam, ze sama w domu to ja ani siebie ani męża nie zmotywuję do nauki….
I tak mój mąż zaczął chodzić na kurs języka holenderskiego. Miałam nadzieję, że może przynajmniej Mariusz będzie z nim chodził i będzie mu łatwiej. Ale Mariusz zrezygnował z tego kursu, bo chodził już na kurs zorganizowany jeszcze przez UWV w czasach, gdy był bezrobotny.
Kurs odbywał się w każdy czwartek o trwał od godziny 18.00 do 21.00. Każdy uczestnik dostał książkę z płytą CD, zeszyt A4, długopis i gruby segregator do wpinania kartek ze słówkami, które mieli dostawać na lekcjach.
Mąż opowiadał, ze nauczycielką jest starsza pani (tak z wyglądu starsza), która normalnie pracuje z dziećmi dyslektycznymi. Zaczęła ich uczyć, tak jak się uczy dzieci – mówiła powoli, bardzo wyraźnie, kilka razy powtarzała…. A mój mąż i tak ni w ząb nie rozumiał.
Wielkim plusem tej nauki było to, ze nauczycielka w ogóle nie mówiła do nich po angielsku. Tylko i wyłącznie po holendersku, pomagając sobie gestami lub rysunkami na tablicy….
Przejrzałam książkę męża. Była o niebo lepsza od mojej, zaczynała od podstaw, zwrotów grzecznościowych, alfabetu, najprostszych słówek potrzebnych w życiu codziennym. Na płycie znajdowało się dokładnie to, co w książce.
Znów byłam zawiedziona, że nie mogę uczestniczyć w kursie razem z nim…
W domu to już nie to samo – brak motywacji i masa rzeczy rozpraszających uwagę. Próbowałam, to wiem…
Próbowałam i na taalklaas.nl, i na Livemocha i z książek ze swojego kursu i z tych od męża…. Dwa, trzy dni i koniec. A to ktoś zadzwonił (przeważnie moja mama), a to poczty przyszło więcej i dłużej segregowałam, a to zakupy, a to sprzątanie. Zawsze była wymówka i zawsze było, że „jutro, to już na pewno”.
Odpuściłam. Pomyślałam, że przyjdzie czas, to się nauczę…

Sport pozaszkolny

Z nowym rokiem szkolnym moje dzieci podjęły decyzje o uprawianiu sportów.
Syn zapisał się do młodzików lokalnej drużyny futbolowej Siveo’60. Na początek trafił do grupy wiekowej oznaczonej literą E. Treningi jego drużyny odbywały się na lokalnym sportparku De Beemd. Tam, oprócz dużego, „profesjonalnego” boiska, na którym grali starsi, było kilka mniejszych boisk, jedno kryte oraz kantyna.
Syn ze swoją drużyną mieli treningi dwa razy w tygodniu – w każdy wtorek i czwartek wieczorem koło godziny 18.00. Treningi trwały po godzinie. Niemal w każdą sobotę rano grali mecze z drużynami z ościennych miejscowości. Mieli swój grafik rozgrywek, w którym zaznaczone było kiedy, z kim i gdzie grają. Gdzie to znaczy u siebie czy na wyjeździe.
Drużyna miała jednakowe stroje – żółte koszulki z logo sponsorów, niebieskie szorty i żółte piłkarskie skarpety. Ochraniacze i korki każdy kupował we własnym zakresie. Oczywiście do tego trzeba było kupić jeszcze strój, w którym syn mógł trenować, bo „firmowe ubranka” dostawali jedynie na mecze.
Te ubranka po kolei każdy z chłopców dostawał do domu do prania. Jak na złość my zawsze dostawaliśmy je w sezonie zimowo-wiosennym, kiedy z powodu złej pogody nie można było suszyć prania na dworze.
Moja łazienka zamieniała się wtedy w żółto-niebieski magazyn mokrego prania…
Syn cieszył się, że będzie trenować piłkę nożną. Jego ulubionym holenderskim zespołem był (i jest nadal) Ajax Amsterdam i syn w skrytości duszy marzył, by kiedyś zagrać w tym klubie.
Ja też cieszyłam się, że nie będzie przesiadywał w domu lub z wątpliwej wartości kolegami, ale będzie czynnie uprawiał sport, ćwiczył, ruszał się.
Niestety, jak bumerang do drużyny poszli za nim syn państwa G. oraz ich wspólny szkolny kolega Lars, który był jak chorągiewka – raz z moim synem, a raz przeciwko niemu….
Na szczęście obywało się bez incydentów – przynajmniej na razie.
Tuż po pierwszym meczu spotkała mojego syna przykra przygoda. Gdy po południu wyszedł z kolegami na dwór gonili się i on upadł podpierając się obiema rękami….
Do domu wrócił zapłakany, z puchnącym coraz bardziej nadgarstkiem….
Bez zastanowienia się zapakowałam go do samochodu i obrałam kierunek na szpital….
Badanie lekarskie z wywiadem co i jak, rentgen i diagnoza – pęknięcie kości nadgarstka, czyli gips na co najmniej tydzień….
Gdy po raz trzeci znalazłam się w znajomej gipsowni zaczęłam się śmiać. Pielęgniarka popatrzyła na mnie zdziwiona, na co moja córka powiedziała :
– Mama miała gips na nodze, bo zwichnęła staw, ja miałam gips na ręku, bo złamałam palec, a teraz mój brat będzie miał gips, bo ma problem z nadgarstkiem.
Pielęgniarka uśmiechnęła się, a ja pomyślałam, że jeszcze chyba kolej na męża….
Oczywiście wszyscy w szkole myśleli, ze syn złamał rękę w czasie treningu albo meczu. Nikt nie przypuszczał, że mogło się to stać przy zwykłej zabawie…
W tym samym czasie córka postanowiła zapisać się do lokalnej drużyny siatkówki. Treningi odbywały się w każdy czwartek wieczorem na lokalnej sali gimnastycznej. Żadnego ekstra stroju kupować nie musiałam. Jedynym wymogiem były buty na białej podeszwie. Na treningi każdy ubierał co chciał, jedynie na mecze dostawali jednakowe koszulki…
Prawie w każdą sobotę grali mecze z drużynami z okolicznych miejscowości. Czasem grali na własnej sali, a czasem na wyjeździe.
Z tymi wyjazdami to było tak, że wozili ich rodzice. Trener grupy dał każdemu grafik wyjazdów, w którym zaznaczone było, który rodzic kiedy, o której godzinie i gdzie pojedzie z drużyną. Oczywiście jeden samochód to za mało i przeważnie jechało dwóch rodziców, a i trener zabierał zawodników do swojego samochodu.
Zawodników, bo drużyna amatorska była jak najbardziej mieszana.
Mnie przypadło jechać z nimi gdzieś w marcu czy kwietniu 2011 roku. Jechaliśmy dość daleko, bo do Wijk bij Duurstede oddalonego od nas jakieś… 45 km. Niby to nic, ale trzeba było przebić się przez zakorkowaną na wysokości Utrechtu autostradę A12.
Zaparkowaliśmy pod lokalnym supermarketem. Po drugiej stronie parkingu mieścił się dość duży kryty obiekt sportowy. Pomaszerowaliśmy gęsiego do szatni połączonej z łaźnią. Niestety można było się tylko przebrać, toreb nie mogliśmy tam zostawiać i każdy musiał swoją torbę wnieść na halę i położyć przy stanowisku swojego trenera.
Sam mecz mi się nie podobał. Córka mówiła, że chętnie chodzi na treningi, umie grać i chętnie gra, ale jak stała tam na parkiecie to miałam wrażenie, że boi się każdej piłki, która leci w jej stronę… Taki zawodnik, to żaden zawodnik, bo piłkę przecież trzeba odebrać i odbić, a nie czekać aż spadnie i modlić się żeby nie dostać nią w głowę…
Na szczęście córka sama doszła do wniosku, że to jednak nie dla niej i z końcem sezonu zrezygnowała z dalszej gry.
Syn natomiast trenuje i gra po dziś dzień…

Moje dzieci w nowych szkołach

Syn nie był zadowolony ze szkoły. Tzn szkoła nie była zła i można było przeżyć, ale niestety znów był w grupie z synem państwa G, który przeszkadzał mu na lekcjach.
Nie raz i nie dwa syn w drodze do domu opowiadał, że nauczycielka jedna czy druga miały do niego pretensje, ze rozmawia z synem państwa G i to po polsku. Mówił, że ten ciągle go zaczepia, coś tam mu podśpiewuje, dogaduje szeptem, rysuje po zeszytach. Robi to jednak tak umiejętnie, ze nauczycielka tego nie widzi. Widzi za to reakcję mojego syna.
Długo nie chciałam się wtrącać, ale w końcu miałam tego dość. Z jednej strony nie chciałam robić z syna maminsynka i wciąż bronić go przed światem zewnętrznym, a drugiej jednak strony czułam, że syn nie kłamie.
Nie chciałam oficjalnie iść na skargę do nauczycielki, bo trochę się obawiałam, że tamten chłopak się o tym dowie i mój syn jeszcze bardziej będzie miał przerąbane.
Okazja do rozmowy nadarzyła się jednak sama, gdy zostaliśmy zaproszeni na „wywiadówkę”. Holenderska wywiadówka zdecydowanie różni się od tej polskiej. Każdy rodzic ma przeznaczone 10-15 minut na osobistą rozmowę z nauczycielem dziecka. Podczas tej rozmowy nie ma żadnych osób postronnych, a więc inni rodzice nie słyszą co nauczyciel mówi nam o naszym dziecku. Czy go chwali, czy wręcz przeciwnie – mówi o problemach jakie ma dziecko w nauce, w kontaktach z nauczycielem czy rówieśnikami.
Mogłam więc spokojnie powiedzieć nauczycielkom co mi leży na sercu.
Najpierw jednak musiałam wysłuchać, co one mają do powiedzenia i usłyszałam, że mój syn się nie uczy. Jest słaby z języka, jest słaby z matematyki, nie umie tabliczki mnożenia…
Zaraz, zaraz, przecież w poprzedniej szkole robili mu przepytywania i po każdej zdanej liczbie przynosił do domu „certyfikat” z oceną, a tu mi mówią, że on nie umie tabliczki mnożenia??? Czegoś tu nie rozumiem…
Drugim tematem było zachowanie syna na lekcjach i od razu wyszło, że problem jest nie tylko z moim synem, ale także z synem państwa G. Przegadują się na lekcjach, przepychają się na przerwach, wiecznie na siebie skarżą. Nauczycielka nie potrafiła jednak wskazać, który z nich jest winny….
Tego już było za dużo. Korzystając z pomocy córki, która tłumaczyła moje słowa zażyczyłam sobie, żeby ci dwaj „panowie” zostali rozdzieleni. Powiedziałam, że nie życzę sobie żeby siedzieli w jednej ławce i kazałam córce powiedzieć, ze te same problemy były już w poprzedniej szkole. I że tu miało ich nie być, bo syn państwa G. miał uczyć się gdzie indziej.
Nauczycielka o dziwo wyraziła zrozumienie i powiedziała, że w takim razie one spróbują ich rozdzielić. Że nie będą siedzieć przy jednym stoliku, że będą pracować w dwóch różnych grupach i że będą się starały rozdzielić ich też na pauzach. Trochę odetchnęłam.
Poprosiłam także żeby zaczęły jakoś z synem pracować. Niech mu zadają jakieś zadania domowe, bo to co jest w szkole to widocznie za mało, a ja niestety holenderskiego go nie nauczę….
Nauczycielki obiecały, ze raz w tygodniu mój syn będzie dostawał zadania do odrobienia w domu. Raz w tygodniu???? Przecież w Polsce, jego koledzy dostają zadania domowe codziennie i to z 3-4-5 przedmiotów…. Ręce mi opadły, bo nauczycielki nijak tego nie potrafiły zrozumieć.
Przyznam jednak, że owe zadania domowe dostawał. Głównie z holenderskiego – miał specjalny zeszyt, w którym wklejały mu karteluszek z wybraną grupą wyrazów z konkretnym problemem – np. podwójne o, czy sylaba –oe. On miał to kilka razy przeczytać i w drugim zeszycie napisać to poprawnie.
W sumie myślałam, ze będzie to na takiej samej zasadzie jak w PL – każdy wyraz 5 razy żeby się utrwalił… nie, każdy wyraz tylko 1 raz….
Z biegiem czasu zauważyłam, że faktycznie mój syn przestał skarżyć mi się na syna państwa G, a przy następnej wywiadówce już nie usłyszałam żadnej skargi na jego zachowanie.
Córce w szkole podobało się średnio. Już kilka pierwszych dni obfitowało w nowe znajomości i przyjaźnie. Zaprzyjaźniła się szczególnie z jedną z nich, Larrysą. Niestety, przyjaźń nie przetrwała do dnia dzisiejszego. Dziewczynki kłóciły się i godziły i znów kłóciły i tak w kółko. W końcu po 3 roku pokłóciły się na całego… Ale nie wybiegajmy zbyt daleko w przyszłość…
Pod koniec września dla nowych uczniów zorganizowany był 3 dniowy obóz integracyjny. Podobnie jak to było w podstawówkach mieliśmy dokładne informacje gdzie jadą nasze dzieci, co muszą i co mogą ze sobą wziąć, jaki będą mieli program pobytu. Córka najbardziej cieszyła się na ostatni, trzeci dzień, bo mieli zapewnione atrakcje w Parku Atrakcji Slagharen…
Generalnie córka wróciła zadowolona z pobytu i atrakcji, ale czułam, że tak do końca szczęśliwa to ona nie jest.
Po szczerej rozmowie okazało się, że o ile ze szkoły i programu nauczania córka jest bardzo zadowolona, o tyle z towarzystwa, w jakim przyszło jej się uczyć już mniej. Klasa zachowywała się typowo jak na swój wiek – wyzwiska, głupie kawały, przeszkadzanie na lekcjach i przerwach. Ale jak powiedziała, że jest dwóch chłopaków, którzy wyzywają jej koleżankę od grubych świń a ją samą od głupich Polek i używają w stosunku do niej bardziej niecenzuralnych wyrazów zdenerwowałam się nie na żarty….
Zapytałam córki, czy mam iść w tej sprawie do szkoły, ale od razu zaznaczyłam, że jak pójdę to zrobię aferę o dyskryminację. Córka stwierdziła, że spróbuje załatwić to sama. Zgłosiła to najpierw wychowawczyni, a potem dyrektorce.
Gdy po miesięcy nic się nie zmieniło postanowiłam sama wybrać się do szkoły. Zanim jednak do tego doszło zadzwoniła do mnie wychowawczyni córki z zapytaniem, na jaki dzień może się z nami umówić na rozmowę. Trochę mnie zatkało, ale ustaliłam z panią dzień i godzinę.
Okazało się, że zadaniem wychowawcy klas pierwszych jest odwiedzenie każdego ucznia w jego domu w celu sprawdzenia jego warunków domowych. To, jak i z kim mieszka, czy ma się gdzie uczyć, a ponad to porozmawiać z rodzicami/opiekunami ucznia o jego szkolnych problemach.
Oczywiście do razu wytoczyłam ciężkie działa i opowiedziałam wychowawczyni o prześladowaniu mojej córki i o tym, że mam zamiar to zgłosić do odpowiednich instytucji, skoro szkoła nie potrafi się tym zająć.
Poskutkowało. Po kilku dniach zostali wezwani do szkoły rodzice tych uczniów. Poinformowano ich, że jeżeli incydenty będą się powtarzać zostaną oni usunięci ze szkoły. Jeden z chłopaków się uspokoił, ale drugi po jakimś czasie dostał „wilczy bilet”…
Córka też się uspokoiła. Nie przestała narzekać na swoich rówieśników, ale skończyły się łzy. Chętniej zaczęła się uczyć, odrabiać zadania i czekała, aż ten rok szkolny się skończy, bo dowiedziała się, że w drugiej klasie ma być inaczej, że będą przetasowania uczniów, zmiana nauczycieli, a więc będzie lepiej.
Jako że szkoła córki była już szkołą ponadpodstawową (middelbareschool) była też bardziej restrykcyjna od zwykłej podstawówki (basisschool).
Wprawdzie w obu szkołach wymagano, aby rodzic lub opiekun dziecka zgłaszał telefonicznie każdą nieobecność dziecka w szkole (np. z powodu choroby), to w szkole córki dodatkowo wymagane były swego rodzaju „usprawiedliwienia”. Były to niebieskie kartki, polowa formatu A4, a których należało wypisać imię i nazwisko dziecka, klasę w której się uczy, datę nieobecności w szkole (pierwszy i ostatni dzień) i to czy dziecko jeszcze po powrocie do szkoły musi przyjmować jakieś leki lub ma jakieś inne zalecenia lekarskie. Na końcu oczywiście data i podpis rodzica/opiekuna dziecka. Jakże to inne od odręcznie napisanego: „zwracam się z uprzejmą prośbą, o usprawiedliwienie nieobecności mojej córki….”
Taką karteczkę córka musiała oddawać w tzw klantenservice (dosł. Obsługa Klienta) szkoły, który to zajmował się wszelkimi nieobecnościami oraz spóźnieniami uczniów. Tak, tak, bo spóźniać się też nie wolno. Jeszcze pierwsze i drugie spóźnienie można było przeżyć, bo pani w klantenservice tylko je odnotowała, ale kolejne spóźnienia skutkowały zostawaniem po lekcjach. I nie ma zmiłuj, ze autobus, że koledzy, czy mama. Minimum 20 minut, maksimum 60 – taka była kara za spóźnianie się na zajęcia.
Podobna kara była za używanie telefonów komórkowych podczas lekcji. Jeśli ktoś zapominał wyłączyć dźwięk w telefonie, a telefon zadzwonił na lekcji nauczyciel miał prawo zabrać telefon. Oddawał go po zazwyczaj po skończonych lekcjach.

Drugi rejon

Z racji tego, że w środę znów dostałam posegregowaną już pocztę to również i czwartek był zbyt długim i zbyt męczącym dniem pracy. Wiedziałam już jednak, jakie spotkają mnie niespodzianki i po prostu w odpowiednim momencie zrobiłam sobie na fotelu pasażera dwa stosiki i brałam przesyłki pod numery parzyste i nieparzyste zgodnie z numerami domów.
Wzięłam też kartkę i długopis i każdą ulicę z osobna pisałam jak „idą” numery. Na Van Teylingeweg zaznaczałam, od którego numeru parzyste i nieparzyste się łączą i pomiędzy którymi numerami muszę wjechać na Oortjespad i Tecop, a na Mijzijde zaznaczyłam, w którym momencie zaczyna się droga na osiedle. Jako że na osiedle można było wjechać jedną ulicą (jednokierunkową) a wyjechać inną to zaznaczyłam sobie, którą droga wjeżdżam, którą robię w pierwszej kolejności, a którą w drugiej i trzeciej, a którą wracam na Mijzijde.
Oczywiście poczta posortowana była tradycyjnie – osobno parzyste a osobno nieparzyste.
W sumie to było logiczne – listonosz najpierw chodzi jedną stroną ulicy a potem wraca drugą, stąd podział na parzyste i nieparzyste. Nikt jednak nie wziął pod uwagę, że ulica może nie być podzielona na strony, albo że można roznieść pocztę nie od nr 1 a np. od 11 bo tak listonoszowi poręczniej. Dlatego od razu po pracy zadzwoniłam do sortowni i  zaznaczyłam, że następną partię do rozniesienia segreguję sobie sama.
To, że miałam sobie sama sortować przesyłki łączyło się tez z podwyższeniem wynagrodzenia za dzień roznoszenia. Były to dosłownie centy, ale zawsze…
Do każdej otrzymanej partii dołączone było coś w rodzaju listu przewozowego, na którym oprócz moich danych były informacje o dniu dostarczenia, dniu roznoszenia, ilości rozniesionych i posegregowanych sztuk. Wszystko bowiem miało swoją cenę. DHL płaciło nie tylko za to, że się chodzi z listami czy je segreguje. Swoją cenę miała nie tylko ilość, ale też waga przesyłek, więc im więcej przesyłek tym cięższa torba listonosza…
Oprócz pieniędzy za segregowanie/roznoszenie przesyłek DHL zwracało mi ryczałt za przejechane kilometry. Obliczyli mniej więcej ile km muszę pokonać do samego Kamerik i z powrotem, oraz ile tych km pokonam w samym Kamerik. Oczywiście kwota nie pokrywała rzeczywistych kosztów paliwa, bo ja zazwyczaj najpierw rozwoziłam dzieci albo sprzątałam, a dopiero później jechałam z pocztą, ale przecież liczy się każdy grosz….
W następny poniedziałek otrzymałam już przesyłki luzem w żółtych pojemnikach, a do tego wieeelki worek gumek-recepturek grubszych i cieńszych. Zabrałam się więc za sortowanie.
Za blat sorterski posłużył mi stół jadalny. Najpierw sortowałam wg ulic, więc na stole przybywało stosików – Van Teylingeweg, Mijzijde, Tecop, Pastorielaantje….. i tak dalej, wszystkie ulice mojego rejonu. Na szczęście przesyłek nie było dużo, więc wszystkie stosiki z łatwością zmieściły się na stole.
Gdy posegregowałam już wszystko ulicami zabrałam się za segregowanie każdej ulicy z osobna wg numerów domów. Przy pomocy mojej kartki-ściągi poukładałam sobie wszystkie przesyłki tak, żeby łatwiej mi się roznosiło. Jeśli w połowie numeracji była boczna ulica, w którą musiałam wejść, to w to miejsce wstawiałam przesyłki na tę właśnie ulicę. Chciałam zaoszczędzić sobie chodzenia w kółko, forsowania nogi, czasu itp. W końcu przecież wciąż pracowałam na sprzątaniach, więc zarówno we wtorek jak i w czwartek miałam więcej chodzenia niż w inne dni, a obu tych sprzątań nie chciałam zamieniać ani z nich rezygnować. Przynajmniej na razie.
Posegregowanie przesyłek moim sposobem okazało się strzałem w dziesiątkę. Owszem, pierwsze dwa razy jeszcze błądziłam, bo przecież poczta nie przychodziła za każdym razem do wszystkich, więc kilku numerów jeszcze musiałam szukać, ale z każdym kolejnym razem było coraz lepiej.
Po dwóch tygodniach od pierwszego dnia pracy jako postbezorger zadzwonił miły pan z sortowni i zapytał, czy nie wzięłabym jeszcze jednego rejonu, tym razem w Woerden – i tu padły nazwy ulic. Zerknęłam szybko na mapę w Internecie i powiedziałam tak, wezmę jeszcze jeden rejon.
Godzinę później przyjechał kurier z pocztą na oba rejony. Przesyłki na każdy rejon były umieszczone w osobnych, odpowiednio opisanych pojemnikach. Każdy rejon miał swój symbol i takie właśnie symbole znajdowały się na specjalnych etykietach na pojemnikach. Te etykiety należało każdorazowo zwracać wraz z pojemnikami.
Każdy region miał też swoją osobną specyfikację.
Tym razem sortowania miałam więcej. Musiałam też zastanowić się, jak rozwiązać kwestię dostarczania poczty na dwa odległe od siebie rejony oraz pomyśleć jak ułożyć przesyłki na nowy, nieznany rejon…
To znaczy rejon był dla mnie znany, bo w jego obrębie znajdował się supermarket C1000 wraz z pasażem handlowym, na którym zawsze robiliśmy zakupy, oraz szkoła, którą oglądaliśmy w trakcie szukania dla syna nowej podstawówki. Do tego było tam biuro GGD, czyli coś w rodzaju przychodni dla dzieci.
Kwestia była tylko tego, jak ułożone są ulice i jak z numeracją na tych ulicach.
Z racji tego, że do Kamerik miałam zdecydowanie dalej postanowiłam, że najpierw będę jeździć tam, a do Woerden pojadę później, jak odbiorę dzieci ze szkoły. Może nawet mi pomogą z ta pocztą, przecież nie są małymi dziećmi.
Oczywiście tradycyjnie pierwszy dzień na nowym rejonie był koszmarem…. Niemal każda ulica miała swoją boczną ulicę, w którą musiałam wejść…
Ale w ręku miałam kartkę i długopis, a w głowie plan, jak to rozwiązać. Najłatwiej roznosiło się przesyłki w wieżowcach na Tournoysveld. Skrzynki pocztowe dla wszystkich mieszkańców znajdowały się bowiem na dole przy drzwiach wejściowych. Na zewnątrz znajdowały się klapki z numerem i czasem z nazwiskiem, a cała skrzynka znajdowała się wewnątrz klatki schodowej. Listonosz nie musiał więc nawet wchodzić do środka. Na dodatek jeden z bloków miał numery parzyste a drugi nieparzyste, co również bardzo ułatwiało pracę.
Oprócz wieżowców były też dwa długie kilkupiętrowe bloki, w których tez skrzynki pocztowe znajdowały się na zewnątrz. Każdy z tych bloków miał 3 klatki schodowe, a każda klatka swoje skrzynki i trzeba było zapamiętać, jakie numery w jakiej klatce. I znów kartka, długopis….
Były też przesyłki adresowane na sklep lub szkołę. W obu przypadkach musiałam szukać albo domyślać się co to może być. Bo jeśli list adresowany był na np. „Elektro Word” czy „Primera” to wiadomo było, że to konkretny sklep. Natomiast jeśli w adresie widniało samo nazwisko właściciela/kierownika sklepu i nr domu… powstawał problem, bo musiałam chodzić od sklepu do sklepu i pytać do kogo jest ten list…
Na szczęście przeważający obszar tego rejonu to jednorodzinne domki z ogródkiem, gdzie wystarczyło pocztę wsunąć w specjalna szparę w drzwiach, albo wrzucić do stojącej przy ogrodzeniu skrzynce na listy. To było dziecinnie łatwe.
I tak tydzień pracy zdecydowanie mi się zmienił.
W poniedziałki miałam sprzątanie u Gerlachów, a po powrocie do domu sortowanie przesyłek.
Wtorek – sprzątanie u Nynke i roznoszenie poczty,
Środa – sprzątanie u Idy lub Claire i sortowanie
Czwartek – sprzątanie u Sandry i roznoszenie,
Piątek – sprzątanie u Mieke, zakupy
Sobotę przeznaczałam na sprzątanie swojego domu, ewentualne zakupy i odpoczynek…
Każdego dnia starałam się też usiąść z nogą uniesioną wyżej, żeby mogła ona odpocząć.
Na sprzątaniach usiąść przecież nie mogłam, a te dodatkowe pieniądze zawsze się przydawały.
Na szczęście kurier DHL bez problemów zostawiał mi pojemniki z pocztą na wycieraczce, nie musiałam więc siedzieć w domu i czekać na niego.