I znów wakacje…

Letnie wakacje w 2011 roku rozpoczęły się wyjątkowo wcześnie, bo już w piątek 1 lipca. Niestety wiązało się to z tym, że już w poniedziałek 15 sierpnia dzieci musiały być w szkołach.
My mieliśmy zaplanowane wakacje właśnie na początek sierpnia, tak by wrócić najpóźniej w sobotę 13 sierpnia.

Zanim jednak my pojechaliśmy na wakacje, to goście zawitali do nas. Przyjechali moi rodzice, ale nie sami. Zawsze przyjeżdzali z moim bratem. Teraz jednak był on na zlocie miłośników starych polskich samochodów, a termin tego zlotu niestety kolidował z wyjazdem do Holandii. Zamiast niego przyjechała zatem druga siostra mojej mamy.
Tym razem obyło się bez sensacji żołądkowych jak rok wcześniej, gdy przyjechała pierwsza z sióstr… Ja i mój mąż wprawdzie pracowaliśmy, ale i tak robiliśmy mnóstwo wycieczek – Aalsmeer, Scheveningen, Aalphen a/d Rijn. Tam wszędzie byliśmy samochodami.
A że mój tata nie lubił siedzieć w domu a i ciocia też lubiła spacerować i zwiedzać to nawet wybrali się do Utrechtu i to pociągiem. Towarzyszyły im oczywiście nasze dzieci, które cieszyły się, że nie muszą siedzieć same w domu.
Goście pomagali również w pracach domowych, bo ani moja mama ani ciocia nie lubią siedzieć bezczynnie. Więc gdy ja walczyłam z serami w Grozette, z mopem na sprzątaniach czy z pocztą one gotowały pyszne obiadki. Zdarzyło się nawet że i poodkurzały. Zmywać nie musiały, bo od tego była zmywarka…
Obie panie były tak przejęte tym, że ja pracuję ze postanowiły pomoc mi w sortowaniu poczty… Moja mama pamiętała jak opowiadałam że muszę zawsze pocztę układać ulicami, a potem parzyste i nieparzyste. I tak też mi to poukładały… Problemem było to, że poukładały mi każdy z baków osobno… Nie wpadły na to, że wszystkie te baki to jeden rejon a więc i jednakowe ulice i że trzeba to połączyć. Po moim powrocie z Grozette była więc cała masa śmiechu, a ja musiałam sobie posortować to sama jeszcze raz.
No ale panie chciały dobrze 😀

Pod sam koniec ich pobytu zdarzył sie jeden bardzo nieprzyjemny zgrzyt. Przyszła Kaśka z pretensjami, że moje dzieci zrobiły coś jej młodszemu synowi. Że niby wsadziły go do jakiegoś kontenera ze śmieciami i nie pozwoliły mu wyjść, czy coś takiego. Moja córka prosto z mostu zapytała ją wtedy, że dlaczego jak cokolwiek stanie się w naszej miejscowości to ona zawsze twierdzi że to oni są winni. Ja oczywiście zaczęłam się z nią kłócić, ciocia mówiła że może to była zabawa w chowanego, czy coś, moja córka zaczęła płakać że oni to właściwie z tego kontenera go wyciągali bo to Lars i syn państwa R go tam wsadzili, a ta swoje. Ja miałam dość i po prostu się poryczałam.
Wtedy to już mój tata nie wytrzymał i w bardzo niewybrednych słowach powiedział jej co o niej sądzi.
A moje dzieci z ulgą spakowały torby i wyjechały z moimi rodzicami na wakacje do Polski…

My dojechaliśmy do nich zaraz na początku sierpnia. Tym razem nasza podróż do Polski obyła się bez żadnych niespodzianek. Okazało się, że nasza „Cytrynka” jest bardzo wygodnym samochodem do tak dalekich podróży. W dodatku bardzo pakownym. Typowy rodzinny samochód. Mąż oczywiście narzekał, że radio nie jest oryginalne a klimatyzacja działa na pó gwizdka, ale jakoś mi to nie przeszkadzało.
Zajechaliśmy szybko i komfortowo, a już na miejscu okazało się, że mój niezawodny tata miał już plany wyjazdowe na najbliższy weekend. Tym razem jego wybór padł na Ostrawę i tamtejsze ZOO.
Do ZOO dotarliśmy bez większych przeszkód. Obawiałam się jedynie gdzie zaparkujemy samochody, bo kompletnie nie znaliśmy okolicy. Okazało się jednak, że w pobliżu ZOO jest dość duży parking.
Atrakcję mieliśmy już na wejściu, bo zanim na dobre dotarliśmy do kasy biletowej byliśmy świadkami dość poważnej stłuczki samochodowej, którą mój brat postanowił uwiecznić na zdjęciu. Ludziom na szczęście nic się nie stało, ale samochody wyglądały na dość poważnie uszkodzone.
W ZOO jak to w ZOO – dużo różnych zwierząt i to nie tylko tych egzotycznych. Były tam też zwierzęta gospodarskie jak krowy, owce czy kozy. Z tymi ostatnimi można było poznać się bliżej, bo znajdowały się w tzw zagrodzie otwartej do której każdy miał wstęp. Lew był zbyt leniwy żeby podejść do szyby, lemury iskały się wzajemnie gdzieś po krzakach, a słoń pokazał nam tylną część ciała.  Moi panowie – mąż i syn przepadli w pawilonie z rybami… Najpierw je podziwiali, a potem dopingowani przez mojego tatę zaczęli snuć plany na własne akwarium…
Ogólnie było wesoło, a  pogoda była wyśmienita na taką wyprawę.
Zjedliśmy lody, jakieś frytki i skierowaliśmy się do wyjścia. Tata zaproponował wyprawę do sklepu po czeskie piwo. Wsiedliśmy więc do samochodów i pojechaliśmy w stronę miejscowego marketu.
Tradycyjnie wyjeżdzając na wakacje nie mieliśmy zbyt dużo pieniędzy i trochę sie obawiałam, ze ten wyjazd a szczególnie zakupy mocno nadszarpnie nasze finanse. Dlatego w bankomacie wybrałam tylko niewielką kwotę – nie mialam pojęcia jaki jest przelicznik korony na euro.
W markecie nie kupilśmy nic wielkiego – jakieś typowo czeskie słodycze (lentilki, wafelki) no i oczywiście piwo. Mój brat rzucił sie na promocję piwa puszkowego, którego zakupił całą zgrzewkę. W domu okazało się jednak że połaszczył się na piwo bezalkoholowe…
Po zakupach wylądowaliśmy przy Ratuszu, na wieżę którego można było wjechać windą by obejrzeć panoramę miasta. Kilka pamiątkowych zdjęć i można było wracać do domu.
Tym razem tata zrobił nam wycieczkę sentymentalną. W latach 1978-1981 moj tata pracował w Austrii, w samym Wiedniu. Spędzaliśmy tam niemal miesiąc w kazde letnie wakacje. Na początku jeździliśmy pociągiem, a póżniej już samochodem. Granice przekraczaliśmy w Cieszynie. I teraz po latach znów przekorczyliśmy granicę w tym miejscu. Dalej też pojechaliśmy tę samą trasą co kiedyś, aż dojechaliśmy do Rudy Śląskiej. I tu znów stare, znane nam dzielnice – Wirek, Halemba, Nowy Bytom. I najbardziej znane – tzw Karmańskie, gdzie na ulicy Południowej mieszkaliśmy jak byłam jeszcze małym dzieckiem. Mieszkaliśmy w starym domu zwanym Schlafhaus…
Niestety, ani tego domu, a ni innych w pobliży już niema. W ich miejscu budowali drogową trasę średnicową… Droga jest potrzebna, ale budynek był zabytkowy i trochę żal…

Do domu moich rodziców wróciliśmy zmęczeni ale zadowoleni z wycieczki, a kilka dni później wyruszyliśmy w trasę do naszego domu – do Holandii…

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s