Grozette

W Creyf’s dostałam do podpisu umowę o pracę. Praca była Grozette, firmie która zajmowała się „przerabianiem” i pakowaniem różnego rodzaju sera.
Zaproponowali całkiem dobre warunki – praca od 6.00 do 14.00 lub od 14.00 do 22.00. Stawka godzinowa wprawdzie minimalna, ale za to wszystkie dodatki godzinowe no i wolne weekendy.
Pamiętam, że była to środa, a ja miałam stawić się do Grozette następnego dnia o 5.45 rano.
Do domu wróciłam bardzo podekscytowana, ale i odrobinę wystraszona. Nie lubię pierwszego dnia w pracy, szczególnie że nie byłam pewna swoich umiejętności językowych.
Przyszło mi do głowy, żeby zadzwonić do Kaśki. W końcu ona kiedyś dość długo tam pracowała. Niestety Kaśka niezbyt chciała ze mną rozmawiać. Spławiła mnie kilkoma zdawkowymi tekstami, więc nic się nie dowiedziałam. Byłam na nią o to zła, ale nic nie mogłam poradzić. Musiałam czekać do rana…
Pobudka o 5.00 rano była brutalna. Chciałam spać, spać, spać, ale budzik dzwonił niemiłosiernie. W dodatku za oknem jeszcze ciemno, ale trzeba wstać, ubrać się, zjeść śniadanie….
Z tym zjedzeniem śniadania to nie tak całkiem do końca, bo o tak wczesnej porze żaden posiłek nie chciał przejść mi przez gardło. Wypiłam tylko kawę i zrobiłam sobie kanapki do pracy.
Do Grozette miałam niedaleko. W dodatku o tak wczesnej porze na drogach nie było zbyt wielu pojazdów, a na prawie wszystkich skrzyżowaniach paliło się zielone światło.
Pod drzwiami firmy okazało się, że do środka nie można wejść sobie od tak, prosto z ulicy. Drzwi były zamknięte, a z boku znajdował się domofon z kilkoma odpowiednio opisanymi guziczkami. Nad domofonem znajdowała się tabliczka z informacją, żeby zadzwonić i czekać na zgłoszenie.
Nazwy przy guziczkach niewiele mi mówiły, ale gdzieś zadzwonić musiałam. Postawiłam na nazwę „INPACK” czyli dział pakowania.
Po dłuższej chwili ktoś się odezwał. Powiedziałam, że jestem z biura pracy i szukam team-leadera – i tu podałam z kartki imię i nazwisko. Powiedziano mi, żebym poczekała.
Po chwili zjawił się jakiś mężczyzna. Przedstawił się i okazało się, że to Piet, czyli ten do którego miałam się zgłosić.
Piet zaprowadził mnie najpierw do szatni. Niestety nie dostałam tam żadnej szafki. Powiedział, że na wieszakach mogę zostawić swoją kurtkę, ale torbę mam wziąć do góry, na kantynę. Wręczył mi też biały jakby z flizeliny fartuch oraz niebieski czepek.
Gdy już się w to wszystko zapakowałam zaprowadził mnie na kantynę.
Tam pokazał mi półkę, a której wszyscy pracownicy zostawiali swoje torby. Była tam też lodówka, automat do kawy/herbaty, automat do „zupek z kubka”, toster i automat na zimne napoje. Za te ostatnie trzeba było płacić. Kawa/herbata oraz zupki były gratis.
Piet zapytał mnie jeszcze czy palę, bo dla palących było przeznaczone osobne pomieszczenie. Zaprzeczyłam.
Piet pokazał mi jeszcze gdzie są toalety i poszliśmy na główną salę. Tam już czekało kilka osób też z biura pracy. Każdego z nas Piet posłał w odpowiednie miejsce do pracy.
Ja byłam kompletnie nowa, nie znałam zakładu, nie wiedziałam gdzie iść i co robić. Musiał mnie więc osobiście zaprowadzić tam gdzie miałam pracować.
W ten pierwszy dzień pracy trafiłam do małego pomieszczenia, gdzie wraz z kilkoma innymi osobami rozcinaliśmy torebeczki z serem, ser wsypywaliśmy większych worków, a te worki wkładaliśmy bo wielkiego baku. Pod koniec dnia ten bak został wywieziony w nieznanie mi jeszcze wtedy miejsce.
Gdy pytałam czemu to rozcinamy poinformowano mnie, że ser został omyłkowo zapakowany w nieodpowiednie woreczki. Musiałam to przyjąć na wiarę.
Razem ze mną pracowała jeszcze jedna bardzo wesoła dziewczyna Nadja, która tez była z biura pracy, oraz Hassan, który pracował tam na kontrakcie. Oboje pochodzili z krajów arabskich.
Nadzorował nas Hans – starszy holender, który wiecznie sobie podśpiewywał, pogwizdywał i w ogóle był bardzo wesoły.
Z taką ekipą można było pracować 😉
Zaczęliśmy punktualnie o 6.00, a już dwie godziny później była 15 minutowa przerwa.
Kolejna przerwa, tym razem półgodzinna „obiadowa” była o 10.00, a ostatnia znów 15 minutowa o 12.00.
Człowiek jeszcze nie zdążył się zmęczyć, a już szedł na pauzę 😀
Tuż przed godziną 14.00 zaczęliśmy sprzątać nasze miejsce pracy. Czas było iść do domu. Zapytałam Pieta co dalej, czy mam przyjść następnego dnia. Odpowiedział mi, że mam się w tej sprawie kontaktować z biurem pracy. Życzył mi miłego dnia i mogłam wracać do domu.
Najpierw jednak pojechałam do biura zapytać co dalej. Oczywiście na wstępnie wypytani mnie czy mi się dobrze pracowało, czy jestem zadowolona. Potem mi powiedzieli, ze w piątki to tam nikt z biura pracy nie pracuje, a jeśli już to baaardzo okazjonalnie i że mam czekać na telefon.
Telefon zadzwonił w poniedziałek.
Miałam iść do pracy we wtorek na 6.00, a potem jeszcze we środę i w czwartek też na 6.00. Piątek znowu wolny i znowu czekanie na telefon…
To było głównym minusem tej pracy, bo nigdy nie wiedziałam z wyprzedzeniem kiedy pójdę do pracy.
Plusem natomiast, i to dużym był fakt, że pracownicy biura pracy nigdy nie kazali iść do pracy. Zawsze pytali czy mogę pracować tego a tego dnia na tą, a tą godzinę. Nigdy nie było tam słowa MUSISZ, zawsze było CZY MOŻESZ.
Mnie to było bardzo na rękę, bo miałam jeszcze jakieś tam sprzątania no i pocztę z Sandd. Mogłam więc zawsze powiedzieć, że sorry ale dziś/jutro nie mogę.
Na szczęście to był czas wakacji i w niektórych tygodniach wypadały mi całkowicie poszczególne sprzątania
Ja sama też miałam zaplanowanie wakacje, ale dopiero w sierpniu.

Reklamy

Sortowia, Creyf’s i Citroen

Teściowa wyjechała a ja doszłam do wniosku, że trzeba poszukać jakiejś pracy. Takiej w miarę „normalnej”. Sprzątań miałam już serdecznie dosyć i tego nie mogło zmienić nawet to, że rodziny były zadowolone z mojej pracy, ja się z nimi dogadywałam, czasem dostawałam od nich dodatkowe zlecenia… Sprzątanie nigdy nie było moim hobby i już mi się „przejadło”.
Wysłałam więc kilka aplikacji i czekałam. Oczywiście nadal sprzątałam u tych kilku osób, nadal też roznosiłam pocztę.
Gdzieś tak pod koniec maja zadzwonił telefon. Miła pani zaprosiła mnie na rozmowę w sprawie pracy do Utrechtu. Praca miała być w sortowni poczty TNT Post NL przez biuro pracy Tempo-Team.
Pojechałam dowiedzieć się czegoś więcej. Na miejscu zostałam poproszona o wypełnienie testu. W teście chodziło o znalezienie jak największej liczby błędów w podanych nazwach i numerach. Wyglądało to jak nazwiska i adresy pocztowe. Na kartce były dwie kolumny, które trzeba było porównać i wskazać w którym rzędzie i konkretnie w którym miejscu jest błąd. A błąd mógł polegać na przestawieniu liter z nazwie, czy cyfr w numerze. Błędem była źle umiejscowiona kropka czy przecinek. Nawet różnica w małej i dużej literze była błędem.
Zrobiłam ten test pozytywnie i zostałam zaproszona do konkretnej rozmowy już na teren sortowni.
Rozmowa odbyła się godzinę później. Było to właściwie spotkanie kandydatów do pracy. Najpierw pogadanka na temat tego co się tam robi i jak się tam robi, a potem zwiedzanie sortowni.
Muszę się przyznać, że miałam spore problemy ze zrozumieniem tego, co do mnie mówią. Na szczęście prezentacja była audiowizualna więc niejako „po obrazkach” mogłam zorientować się o co chodzi.
A chodziło konkretnie o zasady BHP, o sposób sortowania przesyłek, o konkretne przepisy.
Podczas „zwiedzania” sortowni osoba oprowadzająca nas generalnie powtarzała to, co było na prezentacji. Teraz było już zdecydowanie lepiej, bo mogłam niejako na żywo zobaczyć jak się tam pracuje i porównać prezentację audiowizualną z rzeczywistością.
Powiem szczerze, że niezbyt mi się to podobało. Praca niemal na akord, taśma sortownicza zapierniczała dość szybko, zdarzało się dużo błędów a nawet zatorów, gdy paczka źle ustawiła się na taśmie. Nie byłam pewna czy sobie poradzę.
Na koniec wróciliśmy do sali gdzie wcześniej była prezentacja i dostaliśmy test do wypełnienia.
I to niestety był gwóźdź do trumny, bo kompletnie nie potrafiłam rozszyfrować o co w tym teście chodzi… Zakreśliłam odpowiedzi metodą „na chybił-trafił”, kartkę oddałam i pojechałam do domu.
Następnego dnia już mailem zostałam poinformowana, że niestety ale nie zakwalifikowałam się do pracy. Może to dziwne, ale odetchnęłam z ulgą.
Lepiej że mnie nie przyjęli niż mieliby mnie po kilku dniach zwolnić za niewyrabianie normy…
Ponad tydzień później znalazłam inną ofertę pracy i wysłałam swoje zgłoszenie. W ciągu godziny zadzwonił telefon i zostałam zaproszona na rozmowę.
Tym razem jechałam tylko od Woerden. Praca też miała być w Woerden, w firmie Grozette przez biuro pracy Creyf’s.
Na początek musiałam zapisać się do tego biura pracy. A więc najpierw „wywiad środowiskowy” na temat moich kwalifikacji, znajomości języka itp. Wzięli ode mnie dane kontaktowe i kazali czekać na telefon.
W tym samym czasie gdy ja szukałam pracy mój mąż szukał dla nas nowego samochodu. Nie chciał wkładać kasy w wymianę kabli w naszym pięknym czerwonym fordzie. Uparł się, że kupimy nowy samochód.
Pojeździliśmy po różnych komisach, pooglądaliśmy różnorakie auta. Niestety był problem, bo to co podobało się jemu, to nie podobało się mnie….
W pewnym momencie uwidziała mu się Lancia. Mnie jakoś ten samochód nie przypadł do gustu, ale dla świętego spokoju pojechałam go obejrzeć. Pojechałam nie sama oczywiście. Wzięłam ze sobą naszego dobrego znajomego Michała, jako speca od używanych aut.
I nie zawiodłam się na jego opinii, bo on od razu potrafił wskazać, gdzie ta Lancia była malowana, a co za tym idzie musiała być „stuknięta”.
Oprócz tego mnie nie podobały się srebrne listwy dookoła samochodowych okien. Za bardzo się odznaczały od granatowego koloru lakieru. Wnętrze samochodu też mnie nie zachwyciło. Nie żeby było brudne czy coś, ale tapicerka samochodu była w kolorze brązowo-żółtym co niezbyt smacznie mi się skojarzyło.
W sumie nie kupiliśmy tego samochodu.
Kazałam mu szukać dalej, a w pewnym momencie sama wzięłam komputer i zaczęłam oglądać różne marki samochodów. W oczy wpadł mi jeden – Citroen Xsara Picasso.
Po kilku dniach poszukiwań mój mąż znalazł kilka takich autek w miarę przystępnych cenach i w salonach w których mogliśmy zostawić w rozliczeniu naszego forda.
Na nasze nieszczęście salony te były rozrzucone w różnych stronach Holandii, nic po drodze…
Tym razem na oglądanie i ewentualne kupienie samochodu musiałam umówić się z innym kolegą – z Mariuszem.
Mariusz kiedyś pracował z moim mężem w Zijerveld, ale w pewnym momencie się zwolnił. Miał tam jakieś zatargi z teamleaderem i pewnego dnia powiedział że ma dość. Zostawił wszystko i wyszedł w ciągu dnia pracy. Był więc na zasiłku i mógł ze mną jechać. Niestety Mariusz nie mieszkał w pobliżu, a więc musiałam po niego podjechać i potem odstawić go z powrotem do domu. No ale trudno wymagać, żeby to on przyjechał, skoro jedziemy załatwiać moją sprawę…
Mariusz nie znał się tak dobrze na samochodach ja Michał, ale i tak służył mi nieocenioną pomocą. Nie tylko ze mną pojechał, ale też potrafił odrobinę się o ten samochód potargować.
Oczywiście znów były problemy przy zakupie. Najpierw nie mogłam znaleźć bankomatu ING z którego mogłabym wypłacić potrzebną kwotę pieniędzy, a potem trzeba było znaleźć odpowiedni kantor PostNL, żeby ten samochód na mnie zarejestrować. Na szczęście syn właściciela komisu jeździł z nami po obcym mieście bo inaczej albo byśmy się zgubili kompletnie, albo sprzedaliby ten samochód komuś innemu. Bo okazało się, że na ten samochód jest więcej chętnych…
Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Citroen był w pięknym granatowym kolorze i wprawdzie już 11 letni, ale nie uszkodzony, z klimatyzacją i kilkoma fajnymi bajerami, których nie miały poprzednie autka. Do tego idealnie się w nim czułam – odpowiednio ustawiony fotel sprawiał że siedziałam wyżej i doskonale widziałam drogę przed sobą. Bardzo mi się to autko podobało i dlatego po sfinalizowaniu transakcji postanowiłam sama usiąść za kierownicą. Mariusz musiał zadowolić się fotelem pasażera.
Miałam do przejechania prawie 150 km i bardzo cieszyłam się z tego, że mogę poznać właściwości tego autka.
Gdy już odstawiłam Mariusza do jego domu i dojeżdżałam do siebie nagle zadzwonił telefon. Nie znałam numeru, więc stanęłam na pobliskim parkingu i oddzwoniłam. To była Danielle z Creyf’s z konkretną propozycją pracy. Pojechałam tam prosto z drogi uskrzydlona tym, że coś zaczyna się układać….

Wizyta teściowej

Teściowa wkrótce po przyjeździe zaczęła się nudzić. Wprawdzie gotowała obiady dla nas wszystkich, ale to już dla niej nie było to samo co kiedyś. Dzieci nie przychodziły na pauzy do domu, bo córka już takiej godzinnej pauzy nie miała, a syn miał za daleko do domu. Ja byłam częściej w domu, no i przede wszystkim musiała dzielić się ze mną telewizorem, co oznaczało, że nie mogła oglądać seriali jak leci, bo ja też miałam swoje ulubione programy w TV i nie zamierzałam z nich rezygnować.
Z drugiej strony nie chciała nigdzie dużo jeździć, bo twierdziła, że nie ma pieniędzy. No sorry, ale my nie byliśmy bogatymi sponsorami i nie zamierzaliśmy jej wszystkiego fundować.
Nawet na lokalny festyn nie chciała z nami iść, wskutek czego i my też nie poszliśmy. Ale jak się potem okazało to akurat wszystkim nam wyszło na dobre…
Lokalny festyn, zwany od nazwy naszej wioski Zegvelderie organizowane było zawsze w sobotę, tak w połowie czerwca. Było wtedy jakieś karuzele dla dzieci, trampoliny, jakieś stoiska handlowe i inne atrakcje. Generalnie jest miło i wesoło.
Teściowej nie chciało się iść, wobec tego i my nie poszliśmy. Dzieci siedziały w domu a ja z mężem pojechałam na tygodniowe zakupy.
Gdzieś tak kolo godziny 16.00 zadzwonił dzwonek do drzwi. Otwarłam. Na progu stała Kaśka z jakąś nie znaną mi panią. Po zdawkowych powitaniach usłyszałam coś, co niemal zwaliło mnie z nóg:
– No my w zasadzie przyszliśmy ze skargą, bo twoje dzieci pobiły córkę tej pani…
Prawie usiadłam z wrażenia na schodach
– Co zrobiły????
– No moja córka mówi że blondynka z długimi włosami kopneła ją w plecy, a jej brat krzyczał za nią KU**A, KU**A – poinformowała mnie nieznajoma pani
I od razu z pretensjami, że się Polaków nie szanuje, że jej córka przyjechała tu na wakacje, że siedzi w domu i płacze, bla, bla, bla.
Stałam jak wmurowana i nie umiałam wydobyć słowa
– Kaśka, MOJE dzieci? – wykrztusiłam – to jakaś pomyłka.
Oczywiście obie zaraz niemal w krzyk, bo jak blondynka to TYLKO moja córka, a przekleństwem mógł rzucać TYLKO mój syn.
Zawołałam dzieci na dół z zapytaniem o cale zdarzenie.
Moje dzieci zrobiły oczy jak spodki i zaprzeczyły, że coś takiego zrobiły.
Wtedy wtrąciła się teściowa, która stwierdziła, że dzieci niemal wcale nie wychodziły z domu, a już na pewno nie na festyn. Owszem, poszły na spacer a psem, ale w zupelnie innym kierunku
Pani była nieprzekonana i usłyszałam że jestem wyrodną matką, że dzieci nie umiem przypilnować i że w ogóle to jesteśmy chamscy.
– Wie pani co – już nie wytrzymałam – niech pani idzie do domu i przyprowadzi tutaj swoją córkę na konfrontację zamiast gadać takie rzeczy. I wtedy przekonamy się kto i co zrobił – powoli traciłam cierpliwość i bałam się, że po prostu wybuchnę – a teraz proszę wyjść z mojego domu.
– A ty – zwróciłam się do Kaśki – nie przyprowadzaj mi tu więcej nikogo kto bez żadnych dowodów będzie obrażał moje dzieci bo nie ręczę za siebie – otwarłam drzwi na oścież i pokazałam palcem dwór – Do widzenia paniom.
Gotowało się we mnie i oczywiście złość wyładowałam na dzieciach próbując czegoś się od nich dowiedzieć. Ale zarówno one jak i teściowa trwali u uporze – nigdzie nie byli i nic złego nie zrobili.
Dwie godziny później dzwonek do drzwi zadzwonił kolejny raz. Tym razem za drzwiami zobaczyłam tę samą panią co rano. Przyszła z córką i Kaśką, która stała z boku i tylko się uśmiechała.
– Bo wie pani, bo my chciałyśmy panią przeprosić. Bo się okazało, że to nie pani dzieci napadły na moją córkę
– No proszę, a jednak – tryumfowałam – ale najłatwiej jest przyjść i rzucać oskarżeniami.
Wtedy do rozmowy włączyła się Kaśka i okazało się, że to Lars i jego siostra Danique napadli na tę panienkę. Lars chodził kiedyś z moim synem do klasy a jego siostra była w wieku mojej córki i miała długie blond włosy. Niby wszystko się zgadzało, tylko że pani zamiast najpierw wyjaśnić i wypytać to od razu przyleciała z pretensjami i oskarżeniami…
Powiedziałam ze to nie mnie mają przeprosić ale moje dzieci i panie sobie w końcu poszły. Została tylko Kaśka, która próbowała się tłumaczyć, ale ja nie dałam jej się wybielić. Powiedziałam prosto z mostu, że nie życzę sobie, żeby jak coś się stanie w naszej miejscowości to wszyscy oskarżali moje dzieci i żeby mi tu więcej nikogo nie przysyłała.
Kaśka jeszcze chwile próbowała się tłumaczyć, ale ostatecznie skapitulowała i poszła sobie.
A teściowa stwierdziła, że ma dość i chce wracać do domu…
I tu zrobił się mały problem, bo ja nie za bardzo mogłam ją zawieźć. Nie chciałam jechać i wracać sama, mąż nie miał urlopu, a dzieci miały szkołę. Na szczęscie przypomnieliśmy sobie, że nasz znajomy Michał miał jechać do Polski na weekend. Jeden telefon i transport był załatwiony. Niestety teściowa za bardzo nie chciała jechać sama z Michałem, dlatego mój mąż postanowił zabrać się z nimi.
W następny piątek po festynie osobiście odwiozłam męża i teściową do Ijsselstein, gdzie mieszkali Bożena z Michałem. Osobiście zapakowałam ich do michałowego samochodu, gdzie oprócz nich dwoje i Michała podróż miały spędzić… 4 opony do jakiegoś samochodu…. W aucie ciasno, w bagażniku ciasno, ogólnie tragedia i 12 h jazdy w nocy – nie zazdrościłam. Niestety innej opcji jazdy nie było, bo teściowa nie chciała ani busem ani samolotem. Musiała wytrzymać.
Ja wróciłam do domu, gdzie z dziećmi spędziłam cudowny weekend – żadnego sprzątania, żadnego gotowania. Na sobotę mieliśmy pizzę, a niedzielę zamówiliśmy kebaba. Cały weekend spędziliśmy każde przed swoim komputerem – żyć, nie umierać

Wielkanoc i komunia w Polsce

Mieliśmy planach wyjazd do Polski na komunię. To znaczy mój mąż miał, bo ja nie chciałam jechać. Ale mój małżonek jak zawsze był uparty. Stwierdził, że to jego chrześniak, syn jego brata i on jechać MUSI.
Próbowałam mu uświadomić, że jego brat z rodziną nie przyjechał na komunię do naszego syna, a przecież bratowa jest chrzestną. Mało tego – w prezencie kupili mu… rolki. Brat jest chrzestnym do córki a na bierzmowanie również nie przyjechał ani on ani nikt inny.
Mój mąż był jednak nieprzejednany – Musi jechać i kropka. I oczywiście MUSI kupić wypasiony prezent – wujek z zagranicy…
Nie pomogły prośmy i tłumaczenia. Mąż zadecydował, że jedziemy.
– Przecież 1 kwietnia wypłacają zasiłek rodzinny, więc pieniądze na wyjazd są – powiedział.
No owszem, na wyjazd i powrót, ale nie na pobyt. Zadzwoniłam do mojego brata do Polski i poprosiłam go o ewentualną pożyczkę. Chciałam mieć pewność, że w razie czego będę miała jakieś 100-200 zł w zapasie.
Pozostawał problem prezentu. Oboje z mężem zgodnie – o dziwo – zdecydowaliśmy ze kupimy młodemu laptopa. Laptop jednak musiał być kupiony w Polsce, żeby miał polskie menu i gwarancję. Tu z pomocą przyszedł mój tata, który zaproponował, że pomoże nam w zakupie tego laptopa. Miał go kupić na swoją kartę kredytową, a ja miałam później tę kartę co miesiąc spłacać.
Nie pozostało nic innego jak się zgodzić i podziękować.
Zaplanowaliśmy dwa tygodnie urlopu, tak żeby spędzić Wielkanoc w Polsce Mieliśmy wyjechać 21 kwietnia, czyli w Wielki Czwartek, a wrócić w piątek 8 maja. Według szkolnego kalendarza mojego syna w tym właśnie terminie szkoły miały meivakantie, czyli wakacje majowe. Było to połączone właśnie z Wielkanocą, Dniem Królowej (30 kwietnia) oraz dniem Wyzwolenia (5 maj).
Niestety, nie przewidzieliśmy jednego – mianowicie tego, że szkoła córki nie ma wolnego pomiędzy Wielkanocą na Dniem Królowej.
Na nic zdały się pisemne prośby do dyrektorki szkoły że to rodzinne święta, że rodzina daleko, że dziadek (mój teść) ma urodziny i czeka na wnuki. Dyrektorka była nieprzejednana. Córka MUSIAŁA być w szkole we wtorek, środę i czwartek po Wielkanocy… W przypadku jej nieobecności w szkole do naszego domu zostałby wysłany szkolny kurator…
Nie pozostało nam nic innego, jak tylko zmienić plany i spędzić Wielkanoc w domu.
Do Polski wyruszyliśmy więc dopiero tydzień później niż planowaliśmy – w czwartek 28 kwietnia w nocy.
Wtedy jeszcze lubiłam jeździć nocą bo na drogach było zdecydowanie mniej pojazdów. Poza tym dzieci wtedy więcej czasu spały, a jak spały to się nie kłóciły. Mąż też drzemał prawie cały czas i to pomimo włączonego radia.
Droga minęła bez żadnych przeszkód. Ale żeby się nie nudzić to wybrałam zupełnie inną drogę niż zawsze. Tym razem nie kierowałam się na Berlin, ale na Lipsk i Drezno. Jak si,ę okazało był to strzał w dziesiątkę, bo ta droga była mało uczęszczana. Stacji benzynowych tez tam było mało i w pewnym momencie obawiałam się, że zabraknie nam paliwa. Na szczęście wtedy właśnie dotarliśmy do jednej ze stacji.
Z racji tego, że była to wtedy jedyna stacja benzynowa w okolicy to była pełna – samochody osobowe, ciężarówki, motocykle… Każdy chciał zatankować, coś zjeść czy napić się kawy.
O właśnie – kawa. Przydałaby się…
Zatankowałam bak do pełna i poszłam zapłacić. Mój mąż ze mną. Potrzebowaliśmy kawy, żeby się obudzić, więc niczego nieświadomi zamówiliśmy sobie dużą kawę – po jednej dla każdego. Jak zobaczyłam co mi niesie kelnerka, to myślałam ze się przewrócę z wrażenia. Dostaliśmy po półlitrowym kubku mocnej kawy. Oczywiście z tego wszystkiego nie poprosiłam o cukier, w samochodzie tez nie mieliśmy więc byłam skazana na takiego gorzkiego szatana…
Nie wypiłam nawet połowy. Mój mąż swoją wypił, a moją wylewaliśmy na kolejnym parkingu. Niewiedza kosztuje ;D
Jak to zwykle bywa im bliżej celu tym większe zmęczenie. Na terenie Polski musiałam coraz częściej się zatrzymywać, bo oczy same mi się zamykały…
Do celu dotarliśmy szczęśliwie. W sobotę rano z pomocą mojego taty kupiliśmy laptop, a w niedzielę 1 maja uczestniczyliśmy w komunii Szymona – chrześniaka mojego męża.
Uroczystość w kościele i impreza w domu minęły spokojnie jak na tak liczną rodzinę jaką ma moja szwagierka. Ale jak to bywa w takich wypadkach bardzo cieszyłam się jak wróciliśmy do mieszkania teściów.
Niestety to nie był koniec imprezy, bo następnego dnia szwagierka zaprosiła nas na obiad. I znów trzeba było siedzieć za stołem i wysłuchiwać gadania ludzi, których dawno się nie widziało. Na dodatek jedna z sióstr szwagierki niedawno została mężatką, a jej mąż był z tych, co to wszystkie rozumy pozjadali…
Niestety musiałam to jakoś wytrzymać. Rodziny się nie wybiera.
Za to kolejnego dnia – 3 maja – ja zapraszałam gości na spóźnione urodziny mojego syna. Spóźnione, bo syn obchodzi urodziny 1 maja.
Żeby nie było tak różowo, to szwagierka ma urodziny 5 maja i też nas do siebie zaprosiła….
Możecie mi nie wierzyć, ale poczułam ogromną ulgę jak te wszystkie uroczystości się skończyły. W końcu mogłam zrobić jakieś zakupy i wyruszyć w drogę powrotną do naszego małego domku w Holandii.
Tym razem mieliśmy jednego pasażera więcej – teściową….

Znów zmiany

Mąż nadal pracował w Zijerveld, a co czwartek woziłam go na kurs, ja roznosiłam pocztę i jeszcze sprzątałam. Powoli jednak z tych sprzątań rezygnowałam, bo nie wyrabiałam się czasowo.
I tak na poniedziałki przeniosłam sprzątanie u Nynke, a Sandrę najpierw przeniosłam na piątek, a potem z powrotem na czwartek.
Tym samym zrezygnowałam ze sprzątania u Gerlachów, u Idy oraz u Mieke. Nadal co dwa tygodnie sprzątałam u Claire.
Tak więc mogłam złapać trochę oddechu i zająć się własnym domem i dziećmi, albo zwyczajnie odpocząć.
Ale niestety choć pieniążki były to nie wszystkie rachunki były płacone na czas. Nieźle się musiałam nagimnastykować, żeby wszystko popłacić i coraz częściej dostawałam upomnienia i odsetki do zapłaty. Próbowałam dzwonić i umawiać się na jakieś możliwe do realizacji terminy i wysokości spłat, ale nie zawsze się to udawało.
Najbardziej bałam się długu na czynszu, bo nie chciałam stracić dachu nad głową. W spółdzielni byli jednak ugodowi i rozłożyli mi dług na raty. Miałam wtedy coś około 499€ czynszu i do tego musiałam miesiąc w miesiąc płacić 98€ ekstra. I musiałam tego pilnować, bo w przeciwnym razie ugoda zostałaby zerwana, a dług posłany do komornika…
No ale jak pilnowałam czynszu to sypały się inne płatności i nie bardzo wiedziałam jak to wszystko poukładać.
Na nasze szczęście ktoś, kto chciał zostać anonimowy (i muszę uszanować jego prośbę) podarował mi 300€. Niby nie dużo, ale zawsze coś – można było zapłacić prąd i gaz.
Ale żeby nie było za dobrze, to mojego męża zaczęły boleć zęby…
Kaśka dała nam namiary na polską dentystkę w Mijdrecht i zaczęliśmy do niej jeździć. No a za usługę trzeba było płacić… Dobrze, że pani Cichocka praktykowała spłatę na raty, bo znów byłyby duże problemy…
Troszkę wyczyściła mężowi kamień nazębny, podreperowała jednego zęba i zaproponowała zrobienie nowej protezy.
Stara była już wyrobiona i nawet raz naprawiana. Niestety na nową nie było nas stać i mąż musiał zadowolić się tym co miał.
Ja znowu wzięłam dodatkowy rejon – tym razem u siebie. Wprawdzie był tutaj stały postbezorger, ale były z nim (a właściwie z nią) jakieś problemy. Dlatego dwa tygodnie pod rząd miałam dodatkowo rejon na swojej wiosce. Cieszyłam się, że pocztę mogę rozwozić na rowerze. Niestety baaaardzo się rozczarowałam…
O ile najbliższe mi ulice mogłam na tym rowerze i owszem, to niestety rejon Meije to była porażka…
Każdy mówi – co tam trochę przesyłek na rowerze… A ciekawe czy każdy próbował jechać rowerem przez szczere pole pod bardzo silny wiatr. I do tego z dwoma pełnymi torbami po bokach roweru… Dojechałam do połowy tego pola i miałam dość. A to dopiero był początek drogi. Inna sprawa, że kompletnie nie miałam kondycji, no i nie chciałam robić z siebie wariata i wracać po samochód. A skoro już wyruszyłam to trzeba było tę podróż kontynuować…
Posiedziałam chwilkę na ławeczce, poczekałam aż nogi przestaną mi się trząść i wyruszyłam dalej, tym razem już rower prowadząc… I tak aż do końca szczerego pola. Jak zaczęły się krzaki to już było łatwiej bo tak nie wiało.
Niestety Meije to jedna bardzo długa ulica (generalnie to jest wioska w której domy ustawione są wzdłuż ulicy), która ma tak dziwnie ponumerowane domy, że trochę potrwało zanim znalazłam kilka potrzebnych numerów. Do tego ta droga – serpentyna jak na Równicę, tyle że na całkowicie płaskim terenie.
Pomimo tego, że potem już nie prowadziłam roweru ale na nim jechałam a torby z biegiem czasu robiły się lżejsze to i tak strasznie dużo czasu zmarnowałam na tym rejonie…
Po powrocie do domu obiecałam sobie – nigdy więcej Meije na rowerze…
Na szczęście problemy owej pani szybko się rozwiązały i ona mogła wrócić na swój rejon a ja na swój.
Pod koniec marca okazało się, że kończy się moja praca w DHL. Nie kończyła mi się umowa o pracę, ani oni mnie nie zwolnili. Firma DHL przechodziła reorganizację i rezygnowała z drobnych przesyłek listowych oraz z czasopism. Teraz mieli zajmować się tylko i wyłącznie paczkami. Listy oraz prenumerowane czasopisma zostały rozdzielone pomiędzy dwie pozostałe firmy, czyli Sandd i TNTPostNL.
To oznaczało, że od 1 maja będę pracować tylko dla Sandd no i na nielicznych już sprzątaniach.

Pali się…

W moim aucie od jakiegoś czasu pojawiły się problemy ze światłami mijania. Raz świeciło jedno, a raz oba. Do tego sąsiad zza ściany zwrócił mi kiedyś uwagę, że nie zapala mi się światło nad tablicą rejestracyjną i że za to grozi mandat…
Podziękowałam mu i powiedziałam o tym mężowi. Ten w chwili wolnego czasu posprawdzał wszystkie bezpieczniki i żaróweczki. Wszystko działało jak należy…
No dobra, oprócz tej żaróweczki z tyłu, którą musiał wymienić bo przepalona była.
Ale światła mijania nadal miały humory – raz świeciły oba a raz tylko po stronie pasażera. Do tego pewnego dnia elektryka w aucie siadła w ogóle – nagle umilkło radio, zgasły wszystkie kontrolki a szyby, które opuszczałam w dół w celu ich „odparowania” zatrzymały się w pół drogi i koniec…
Na szczęście mąż był w domu więc po raz kolejny zaczął sprawdzać wszystkie bezpieczniki.
Przy okazji mi się dostało, bo to że walnął bezpiecznik to moja wina, bo miałam włączone wszystko – i radio i wycieraczki i szyby… Podobno przeciążyłam.
No nie znam się i może faktycznie tak było. Nie chciałam się kłócić. Spieszyło mi się
Minął jakiś czas i znów ta sama zabawa ze światłami – raz świecą oba a raz jedno. I znów szukanie usterki i znów wymiana bezpiecznika…
Mój mąż mechanikiem samochodowym nie jest, ale dużo potrafi przy samochodzie zrobić. A czego nie wie to szuka w internecie. Wujek Google prawie zawsze pomoże.
Teraz też tak było – podejrzenie zostało skierowane na kable idące od bezpiecznika do żarówki – coś tam musi być nie halo skoro się psuje. No ale dostać się do tych kabli było trudno, a to co było w miarę widoczne nie wskazywało na żadną usterkę.
Gdy Dirk wziął samochód to przy okazji innej naprawy (opisywałam to w poprzednim poście) prosiłam go by sprawdził też te kable. Nie miał wtedy zbyt dużo czasu, ale powiedział że zaglądał i że żadnej poważnej usterki tam nie widzi.
W Holandii nie ma obowiązku jeżdżenia w ciągu dnia z zapalonymi światłami nawet zimą, a ja raczej po nocy nie jeździłam więc postanowiłam nie przejmować się usterką. Pomyślałam, że mam czas do maja na naprawienie tego, tak żeby było gotowe przed przeglądem.
Na razie był dopiero luty i były poważniejsze problemy. Znów brakowało pieniędzy na wszystkie rachunki. Na dodatek ubezpieczalnia zażyczyła sobie opłatę za ubezpieczenie samochodu za cały rok z góry, bo poprzednio miałam problemy z miesięcznymi ratami. Nie pomógł nawet Bas, którego prosiłam o pomoc w negocjacjach. Ubezpieczalnia była nieugięta…
To znaczy Bas koniec końców pomógł, bo dał mi zaliczkę za kilka tygodni sprzątania. No ale potem niestety dostawałam od niego relatywnie mniej pieniędzy. Za roznoszenie poczty też było mniej, bo wróciłam do swoich dwóch rejonów. A samochód na wodę niestety jeździć nie chciał….
Pewnego pięknego poranka jak zwykle zapakowałam baki z pocztą do samochodu. Dzieci zapakowały się same i wyruszyliśmy w drogę do szkół.
Córka oczywiście od razu zażądała, by zawieźć najpierw ją. W sumie to się jej nie dziwiłam, bo szkoła bardzo pilnowała żeby uczniowie się nie spóźniali, a jeśli już się to zdążyło to za spóźnienia ponosili konsekwencje.
Nie było mi to po drodze, ale nie miałam wyjścia – najpierw trzeba się było przebić do szkoły córki, a później wrócić i odstawić do szkoły syna, a potem wrócić raz jeszcze i jechać na rejon….
Byłam już w drodze do drugiej szkoły. Stałam na ostatnim już skrzyżowaniu przed szkołą, na czerwonym świetle i czułam, że coś śmierdzi. I to śmierdzi spalenizną.
Z racji tego, że na przednim siedzeniu pasażera miałam już przygotowaną posegregowaną pocztę na pierwszą ulicę rejonu to syn siedział z tyłu
Też czuł woń spalenizny. I nagle usłyszałam:
– Mamo, tu się coś dymi spod twojego fotela!!
Spanikowana natychmiast włączyłam awaryjne i wyłączyłam silnik. Pootwierałam wszystkie okna i zastanawiałam się co robić dalej… Tym czasem na skrzyżowaniu zaświeciło się zielone, więc włączyłam silnik i ruszyłam przed siebie.
– Byle dojechać do szkoły – Myślałam gorączkowo.
Dymienie wprawdzie ustało, ale smród spalenizny pozostał…
Tak szybko, jak pozwalały mi na to zakręty na drodze dojazdowej, odstawiłam syna do szkoły. Sama siedziałam w aucie i zastanawiałam się co robić… Do kogo zadzwonić…
Mój mąż w pracy, mój tata lepiej żeby się nie martwił…
Zadzwoniłam do Michała i Bożeny….
Okazało się że ich obudziłam… Dla nich 8.30 to środek nocy, bo pracowali na popołudnie….
Niestety jak to mówi mój brat – żaden lekarz nie wyleczy pacjenta przez telefon. Dlatego Michał też niewiele pomógł. Radził tylko żebym nie włączała za dużo elektryki, bo najprawdopodobniej gdzieś palą się kable…
Kurde tyle to i ja wiedziałam…
A jechać musiałam, bo poczta sama się nie rozwiezie….
Na szczęście tego dnia nic już się nie wydarzyło. Pocztę rozwiozłam bez żadnych problemów, nawet dzieci ze szkoły odebrałam punktualnie…
Oczywiście wewnątrz samochodu nadal czuć było won spalenizny, ale nigdzie mi się nie dymiło.
Po powrocie do domu opowiedziałam wszystko mężowi i on poszedł sprawdzić gdzie i co się paliło…
Musiało palić się dość mocno, bo wypaliło dziurę w materiale podłogi, a kable były już „łyse”, bez warstwy izolacyjnej…
Kilka dni później na kawę wpadli Bożena i Michał i dopiero wtedy mój mąż przyznał się, że ten „pożar” w aucie to jego wina. On wciąż walczył z tymi światłami, a szczególnie z żarówką po stronie kierowcy, która miała swoje humory i raz świeciła a raz nie. Wydawało mu się, ze gdzieś na kablu jest zwarcie i dlatego wciąż wybija bezpiecznik. Dlatego wciąż wymieniał bezpieczniki i ostatnio dał taki o dużo większym napięciu. Bezpiecznik wprawdzie wytrzymał, ale spowodował zwarcie na kablach, te zaczęły się mocno nagrzewać, osłonki się stopiły… resztę już wiecie.
Na szczęście skończyło się tylko na dziurze w podłodze…
Przez cały weekend mój mąż izolował kable…
A w niedzielę wieczorem powiedział:
– Musimy kupić inny samochód…

Stłuczka

Nasz samochód potrzebował małej naprawy. Szczerze powiem, że już dziś nie pamiętam co było naprawiane – hamulce, łożyska, czy może coś w tym temacie. W każdym razie samochód zawiozłam do Dirka, a od niego znów dostałam Lancie Ypsilon. Autko małe i bardzo już wyeksploatowane, ale ważne, że miałam czym jeździć.
Musiałam przecież zawieźć dzieci do szkoły i z tej szkoły je odebrać. No i musiałam mieć czym wozić pocztę.
Pewnego pięknego styczniowego piątku zawiozłam więc dzieci do szkół i wyruszyłam na rejon. Nie miałam już rejonu w Harmelen, tylko dwa rejony w Kamerik i jeden w Woerden, więc byłam pełna optymizmu, że zrobię je szybko, a potem odbiorę dzieciaki i mam weekend.
Niestety nie wzięłam poprawki na śnieg i oblodzone drogi, po których trzeba było jeździć baaardzo uważnie.
Skończyło się tym, że zrobiłam rejony w Kamerik i musiałam wracać po dzieci do Woerden. Najpierw musiałam odebrać syna ze szkoły, bo on kończył wcześniej.
Podjechałam pod szkołę… Nie lubiłam tam jeździć bo dojazd do szkoły to była jakaś masakra. Nie pamiętam czy już to kiedyś na blogu opisywałam, ale droga do szkoły to boczna uliczka na osiedlu domków jednorodzinnych. Takich dróg dojazdowych w NL jest około mnóstwo. Są bardzo kręte i bardzo często zastawione przez parkujące przy chodniku samochody osobowe.
Na tych uliczkach nigdzie nie ma zakazu parkowania, więc kierowcy parkują jak popadnie – na ulicy, dwoma kołami na chodniku, całkowicie na chodniku, na zakręcie i tak dalej. Trzeba jechać bardzo wolno, żeby nie przyhaczyć zaparkowanego samochodu ani nie zderzyć się z samochodem jadącym z naprzeciwka.
Uliczka ta kończyła się zatoczką, w której można było zaparkować kilka samochodów. Kilka czyli około 8, w porywach 10. Reszta odbierających rodziców parkowała gdzie popadnie, czyli jak już opisałam powyżej. Najważniejszą zasadą było to, żeby nie tarasować wyjazdu innemu samochodowi oraz wyjazdu z posesji. Reszta to wolna amerykanka….
No ale dziecko trzeba odebrać… Na szczęście nie musiałam długo czekać na syna, więc nie drażniło mnie to że zaparkowałam w dziwnym miejscu…
Wycofałam i ruszyłam w drogę powrotną.
Jechałam ostrożnie, bez przyspieszania, bo doskonale wiedziałam, że droga jest oblodzona i widoczność utrudniona poprzez inne zaparkowane pojazdy. Nagle zza zakrętu wyjechał inny samochód. Pomimo tego, że jechałam powoli na jakikolwiek manewr było już na późno – ani jak wykręcić, ani jak zahamować. Samochód prowadzony przeze mnie sunął prosto jak po sznurku w stronę tamtego auta.
Usłyszałam stuk i poczułam szarpnięcie. Byłam przerażona, bo przecież to nie było moje auto, a w dodatku jak się tu dogadać z tym drugim kierowcą…
Wysiadłam, mój syn też. Kierowcą tamtego auta również była kobieta, więc miałam nadzieję, że dojdziemy do porozumienia.
Obejrzałam „swoje” auto i stwierdziłam, że jest nie uszkodzone. Za to auto tej pani miało małe wgniecenie. Dobrze, że nie jechałam z większą szybkością…
Niestety, pani od razu chciała dzwonić na policję. Mnie chciało się płakać… Czas mnie gonił, córka czekała już pod szkołą i nie miałam jak dać jej znać że coś się stało, poczta jeszcze nie rozwieziona, na policję trzeba przecież czekać i na dodatek co powie Dirk????
Próbowałam coś tam tej pani tłumaczyć, mój syn również, ale dopiero inna kobieta, która wyszła z pobliskiego domu powiedziała, że policja wcale nie jest potrzebna. Że mam podać swoje dane kontaktowe i po sprawie.
Ja musiałam wytłumaczyć ten kobiecie, że samochód nie jest mój. Napisałam jej swoje imię i nazwisko oraz nr telefonu, ale głównie podałam jej nr telefonu Dirka. Ja nie mogłam do niego zadzwonić, bo niestety nie miałam już nic na karcie.
W końcu mogłam odjechać. Byłam roztrzęsiona, ale jakoś musiałam się trzymać. Trzeba było jeszcze odebrać córkę spod szkoły…
Córka już się niecierpliwiła, a ja chciałam jak najszybciej znaleźć się w domu. Olałam więc dwa baki poczty i wróciłam do domu.
W domu opuściły mnie wszystkie siły – poszłam do sypialni, schowałam się pod kołdrę i najzwyczajniej w świecie rozpłakałam się.
Dopiero jak córka przyszła z gorącą herbatą to usiadłam na łóżku i powiedziałam jej dokładnie co się stało.
Ona zadzwoniła do Dirka i wszystko po kolei mu opowiedziała. Dirk powiedział, że mam się nie przejmować, że tak naprawdę to nic się nie stało, że to tylko samochód i mam się nie stresować.
Łatwo mu było mówić… Ja byłam na 100% pewna, że nasza znajomość właśnie się kończy i że już od niego więcej auta zastępczego nie dostanę.
Teraz już wiem, że się myliłam, ale wtedy w stresie myślałam inaczej…
Po rozmowie z Dirkiem moja córka zadzwoniła do Sandd i powiedziała, że mama miała niegroźną stłuczkę, że wszystko jest ok, ale że poczta jest nierozwieziona… Mój koordynator też powiedział że nie ma się czym przejmować, że to tylko auto, że ważne ze nikomu nic się nie stało. Zapytał też czy mogę pocztę dostarczyć w sobotę
– Nie wsiadam jutro do samochodu!!- Zaprotestowałam
– Ok, nie ma problemu. Proszę resztę przesyłek dostarczyć z pocztą we wtorek…
Odetchnęłam. Miałam kilka dni na uspokojenie nerwów.
Gdy następnego dnia rano Dirk przywiózł mój samochód to jeszcze raz powtórzył, że nie ma żadnego problemu, a autem nie warto się przejmować.
Ja w stresie a on uchachany od ucha do ucha – było to dla mnie bardzo dziwne…
Mój mąż wytłumaczył mi potem, że Dirk jako  mechanik samochodowy z pewnością dogadał się z tą kobietą, że naprawi jej to auto za darmo i z pewnością żadne z nich nie poniesie konsekwencji w zakresie ubezpieczenia…