Bierzmowanie

Moja córka pilnie przygotowywała się do bierzmowania. Uczyła się materiału, sama wybrała sobie imię. Miała z tym trochę problemów, ale w końcu dokonała wyboru.
Jednak im bliżej bierzmowania, tym bardziej ja miałam obawy….
Na szczęście córka zdała egzamin u księdza bez żadnych problemów i teraz trzeba było tylko „przeżyć” ten dzień.
Najpierw jednak musiałam przeżyć zakupy, ponieważ na tak uroczysty dzień należało odpowiednio się ubrać, na co moje dziecię stwierdziło, że nie ma nic odpowiedniego w szafie.
Stara śpiewka…
No, ale jak mus to mus. Na szczęście w pierwszym sklepie, do którego weszłyśmy, czyli C&A moja córka wybrała sobie kremową koszulową bluzkę oraz brązową minispódniczkę ze sztruksu. Do tego wysokie brązowe kozaczki i… oczywiście nie mogłam zapomnieć o dodatkach, czyli kolczyki, łańcuszek. Portfel mi trochę schudł, ale całość wyglądała imponująco.
Termin bierzmowania wyznaczono na 18 października. Podobnie jak w przypadku komunii odbyły się dwie próby. Druga próba oraz spowiedź odbyły się w sobotę, w przeddzień bierzmowania.
Po powrocie do domu nastąpiły gorączkowe przygotowania… Nie, nie przygotowywaliśmy sie na przyjęcie gości, bo tych nie mieliśmy w planach. To znaczy zapraszaliśmy rodzinę, a jakże. Ale chrzestni nie mogli przyjechać, dziadkowie też nie, zostaliśmy więc we czwórkę.
A więc – farbowanie i kręcenie włosów, malowanie paznokci, prasowanie koszul….
Ja i córka musiałyśmy wyglądać reprezentacyjnie. Ona z racji swojej uroczystości, a ja z racji funkcji świadka bierzmowania. Rano ostatnie korekty, delikatny makijaż i w drogę…
Kościół był ładnie udekorowany, choć nie tak bogato, jak w dniu pierwszej komunii.
Bierzmowani siedzieli w specjalnie dla nich zarezerwowanym środkowym rzędzie ławek. Podobało mi się to, że podobnie jak podczas komunii syna mogłam i teraz siedzieć za córką.
Ksiądz tak to zorganizował, że świadkowie bierzmowania siedzieli za swoimi bierzmowanymi, co znacznie ułatwiało sam sakrament. Na szczęście nic nie stało na przeszkodzie, by świadkiem w bierzmowaniu mógł być ktoś z rodziców, bo inaczej byłby kłopot.
Cała uroczystość odbywała się w dwóch językach, z racji tego, że bierzmowania udzielał holenderski kardynał Simonis. On także celebrował mszę wraz z naszym księdzem Trypuciem.
Podobnie jak przy komunii syna dostaliśmy specjalnie na tę okazję wydrukowaną książeczkę, w której wyszczególnione było nie tylko kiedy i kto czyta, modli się czy kto jakie dary niesie do ołtarza, ale także teksty niektórych modlitw po holendersku.
Jeszcze przed mszą kardynał wyszedł w cywilnym ubraniu przed ołtarz, usiadł na krześle i zaczął z młodzieżą rozmawiać.
Oczywiście najpierw zapytał ile z nich rozumie i mówi po holendersku. Umiała dość znaczna ilość, jednak niestety my, a przynajmniej ja się do nich nie zaliczaliśmy. Córka rozumiała coś nie coś, ale zarówno ja za jej plecami jak i mąż z synem siedzący gdzieś z boku niewiele z tego rozumieliśmy.
Na szczęście kazanie było krótkie, ale za to, gdy zaczął się sam sakrament bierzmowania wydawało się, że trwa to wieczność…
Pamiętam swoje bierzmowanie, albo bierzmowanie koleżanki, dla której byłam świadkiem – sztuka polegała na błyskawicznym dotarciu do swojego bierzmowanego klęczącego już przed ołtarzem. Niestety, często trzeba się było przedrzeć przez tłum gapiów. A tutaj – wychodziliśmy z ławek równocześnie i gęsiego szliśmy do ołtarza. Naprawdę super rozwiązanie.
Kardynał siedział na specjalnym fotelu ustawionym na stopniach do ołtarza, a bierzmowani wraz ze swoimi świadkami podchodzili do niego gęsiego. Każdy bierzmowany miał ze sobą karteczkę ze swoim wybranym imieniem, którą wręczał ministrantowi. Potem klękał przed kardynałem, a świadek kładł swoją prawą rękę na prawym ramieniu bierzmowanego. Kardynał udzielał sakramentu przez namaszczenie olejkiem i nadaniem imienia, każdemu ściskał dłoń – zarówno bierzmowanemu jak i świadkowi. I kolejna osoba i kolejna.
Bierzmowanych było wtedy około 70 osób, więc to trwało i trwało. My na szczęście siedzieliśmy w pierwszych ławkach – to znaczy córka w pierwszej, a ja za nią w drugiej. Więc po udzieleniu sakramentu grzecznie siedzieliśmy w ławce i cierpliwie czekaliśmy na koniec….
Reszta mszy przebiegła szybko i sprawnie i mogliśmy wrócić do domu.
Córka była szczęśliwa. Ja nadal nie do końca byłam przekonana o słuszności tak wczesnego udzielania tego sakramentu no, ale już nie było odwrotu.
Właściwie po bierzmowaniu mieliśmy jechać do Polski, ale…. Nie pojechaliśmy.
Jechać mieliśmy na 40 rocznicę ślubu moich rodziców, która miała się odbyć w sobotę 24 października. Akurat nam to pasowało, bo dzieci miały ferie od 17 do 25 października, jeden dzień wolnego od szkoły dałoby się załatwić bez problemu i moglibyśmy wrócić dopiero w poniedziałek 26 października.
Wnioski o urlop złożyliśmy jak tylko rodzice potwierdzili datę imprezy, czyli jeszcze pod koniec sierpnia, ale Adecco po raz drugi nie zgodziło się na nasz urlop…
Mnie nie brali pod uwagę, bo i tak byłam na zwolnieniu, ale Cuneyt stwierdził, że teraz będzie „busy week’, czyli mnóstwo pracy więc urlopu nie dostaniemy.
Gdy próbowałam się wykłócać, że oczywiście wszyscy jeżdżą, co 3 miesiące tylko my nigdy nie możemy usłyszałam:
– Albo teraz, albo na Boże Narodzenie
Szczęka mi opadła, ale musiałam skapitulować. Powiedziałam jedynie, że chcę mieć to na papierze – już teraz, dzisiaj podpisany urlop na Boże Narodzenie.
Na szczęście papier dostałam, ale swoim zwyczajem i tak wyszłam z biura trzaskając drzwiami.

Reklamy

Kurs językowy

Pierwsza lekcja kursu odbyła się 5 października o godzinie 20.30. Zajęcia prowadziła starsza pani. To znaczy z wyglądu była starsza i pomarszczona, ale ile miała naprawdę lat trudno było wyczuć.
Na kurs przyszło około 20 osób w tym pani G. Niezbyt podobało mi się to, że ona będzie chodzić ze mną na kurs, bo nie chciałam mieć z nią i z całą jej rodziną nic wspólnego. Na szczęście już na początku okazało się, że kurs będzie prowadzony w języku angielskim i pani G. szybko zrezygnowała. Na pauzie podeszła do lektorki i wyjaśniła ze nie zna angielskiego i rezygnuje z kursu, po czym pożegnała się i wyszła.
Pierwsze spotkanie było raczej typowo organizacyjne. Poznawaliśmy się wszyscy, przedstawialiśmy się, kto jak się nazywa i skąd pochodzi.
Oprócz mnie było jeszcze kilku Polaków, para Węgrów, para Anglików, Francuzka, Surinamka i kilka innych osób, których narodowości nie pamiętam.
Od razu okazało się też, że potrzebne podręczniki trzeba sobie samemu kupić. Kurcze, nie dość, że kurs kosztował 180€ to jeszcze mam wydać na książki…
I oczywiście muszą koniecznie być dwie – podręcznik i ćwiczenia i obie z płytami CD, co dodatkowo podnosi ich koszt.
Musiałam sobie książki zamówić przez Internet i czekać dwa tygodnie na ich dostarczenie. Oczywiście musiałam też zaraz za nie zapłacić. Na szczęście za kurs mogłam zapłacić w dwóch ratach.
Kurs odbywał się w każdy poniedziałek od godziny 20.30 do 22.00. Wydawać by się mogło, że to niezbyt późna godzina. Jednak po 20.00 koncentracja znacznie spada i człowiek ma ochotę raczej na relaks czy sen a nie na intensywną naukę.
Do tego ten angielski…
Niby go znam, ale… Właśnie, zawsze jest jakieś ale. Uczyłam się angielskiego jako dziecko, w szkole podstawowej. W pierwszym roku było to śpiewanie piosenek zespołu The Beatles, w drugim roku nauka poprzez zabawę – jak dzieci w przedszkolu, natomiast w trzecim roku wkuwaliśmy dialogi na pamięć. Na tym moja nauka się skończyła.
Jednak, gdy w 2006 roku biuro pracy posłało mnie na kurs języka angielskiego to w dwa i pół miesiąca nauczyłam się więcej, niż przez te 3 lata.
Nauczyłam się, ale języka komunikatywnie – umiałam się przedstawić, opowiedzieć o sobie i swojej rodzinie, zapytać o drogę, opisać osobę, zrobić zakupy. Ale uczyć się holenderskiego po angielsku? Na to zbyt mało znałam ten język….
Chciałam jednak spróbować. Wydawało mi się, że lektorka jest profesjonalistką i że będzie robić wszystko, by nauczyć nas języka. Po drugie myślałam, że jak już zaczniemy, to będzie prowadziła konwersację po holendersku, ucząc nas małymi kroczkami jak dzieci w przedszkolu.
Myliłam się i to w obu przypadkach. Lektorka nie tylko nie przeszła na holenderski i niemal całą lekcje prowadziła po angielsku to jeszcze przeskakiwała materiał w książce jak jej się żywnie podobało. Z mojego punktu widzenia książka też była pomyłką jak na kurs dla początkujących, bo zamiast podstaw już od pierwszych stron zawierała dosyć skomplikowane dialogi, jakieś artykuły, ciekawostki, opowiadania i to wszystko po holendersku.
O ile dialogi dotyczące typowego przedstawienia się były zrozumiałe, o tyle dialog np. w autobusie czy u lekarza dla początkującego był mniej zrozumiały, nie mówiąc już o reszcie materiału, do których zwyczajnie nie znaliśmy słówek.
Owszem, lektorka dała nam kilka dodatkowych kartek ksero na których wypisany był alfabet oraz nazwy warzyw, owoców, mięsa, ryb, sklepów czy zawodów ale dla kogoś, kto nie znał tych nazw po angielsku był to już duży problem.
Do tego płyty CD, na których dialogi były nie do końca zrozumiałe z powodu szumów w tle lub wadliwego odtwarzacza i kurs stawał się porażką nie tylko dla mnie…
Po kursie zawsze rozmawiałam z uczęszczającymi na niego Polakami i ich opinie były podobne do moich. Im też wcale nie było łatwiej:
– Agnieszka miała partnera Holendra, który jednak był dyslektykiem i w żaden sposób nie mógł nauczyć ją poprawnej wymowy
– Paulina i Przemek (małżeństwo) umieli wprawdzie po angielsku, ale to w zasadzie tylko Przemek umiał. Z holenderskiego byli typowymi samoukami. Co załapali gdzieś w pracy to zapamiętali.
– druga Paulina nie pracowała, siedziała z małym dzieckiem w domu, angielski znała wyłącznie ze szkoły, w sumie wcale nie lepiej niż ja. Jej mąż miał własną firmę i też komunikował się wyłącznie po angielsku.
Pozostałym było lepiej, bo w ich krajach ojczystych w szkołach podstawowych angielski był przedmiotem obowiązkowym, tak jak u nas swego czasu rosyjski…
Byli też i tacy, co próbowali sobie życie ułatwić i zamiast pilnie odrabiac zadania w domu, to przed zajęciami na naszych oczach bezczelnie zaglądali do tyłu ksiązki i przepisywali znajdujące się tam rozwiązania zadań. Zero kreatywności, zero wysiłku. Nie rozumiałam jaki mieli w tym cel, bo przecież w ten sposób niczego nie da sie nauczyć…
Przez pierwszych kilka lekcji nie poddawałam się, próbowałam wyłapać sens wypowiedzi bez konieczności używania języka angielskiego. Marnie to szło, ale szło. Tym bardziej, że ja też niektóre zwroty znałam już z pracy. Liczebniki nie były dla mnie problemem, umiałam się przedstawić, powiedzieć skąd pochodzę i gdzie mieszkam oraz opowiedzieć krótko o swojej rodzinie. Reszta była czarną magią….
Siedziałam w domu i próbowałam to jakoś rozgryźć. Słuchałam tych nieszczęsnych płyt, czytałam dialogi, wertowałam słowniki. Tłumacz gogle był w użyciu na początku dziennym. Korzystałam z innych książek, między innymi z książki „Niderlandzki krok po kroku” Agaty van Ekeren Krawczyk, którą kupiłam chyba z rok wcześniej. Książka ta była o niebo lepsza o tych, które mieliśmy na kursie. Nie chciałam jednak zbytnio mieszać, bo już i tak miałam mętlik w głowie.
Próbowałam jakoś usystematyzować wiedzę i robiłam notatki po swojemu. Założyłam specjalny zeszyt, w którym zaczęłam spisywać najważniejsze formuły wraz z ich tłumaczeniem na polski. A więc wszystkie formy powitań i pożegnań, swoje dane (jak się nazywam, gdzie mieszkam, ile mam lat), alfabet wraz z zapisem fonetycznym, zaimki osobowe (ja, ty, my, itp.), czasowniki i ich odmianę przez osoby (być, mieć, musieć) i inne różne zasady. Specjalnie kupiłam sobie przez Internet książkę „Gramatyka języka niderlandzkiego krok po kroku” (również Agaty van Ekeren Krawczyk), która zawiera opisane po polsku reguły gramatyczne i ćwiczenia.
Założyłam drugi zeszyt w formie słownika i próbowałam się uczyć tak, jak wcześniej w Polsce uczyłam się angielskiego – tematycznie poukładane słówka holenderskie (dane osobowe, rodzina, czasowniki, dom itp.) wraz z zapisem fonetycznym i tłumaczeniem.
Jednak nauka szła jak po grudzie. Córka nie zawsze chciała lub umiała mi pomóc.
Na dodatek lektorka nie powtarzała materiału tylko pędziła dalej. Na początku każdej lekcji robiła nam małe dyktanda. Dyktowała nam w zasadzie 10 słów z różnymi „pułapkami” literowymi, czyli takie, gdzie czesto wymawaiło się „u”, a pisało się „oe”, albo slyszało się „aj” a pisało się „ij”, słyszało się „g” a pisało się „h”… Masakra.
Dostaliśmy długaśną listę czasowników nieregularnych i musieliśmy się jej nauczyć. Dobrze, tylko co mi z tego przyjdzie, jak wykuję na pamięć coś, czego w żaden sposób nie rozumiem, nie wiem co oznacza?
Po dwóch miesiącach takiej szarpaniny z lekcji na lekcję coraz bardziej się zniechęcałam. Coraz mniej rozumiałam, choć próbowałam uczyć się na wszystkie możliwe sposoby.
Gdyby nie fakt, że szkoda mi było włożonych w to pieniędzy to zrezygnowałabym chyba już po miesiącu.

Czas na małe zmiany

Rok szkolny 2009/2010 rozpoczął się 31 sierpnia.
W szkole na dzieci czekało kilka niespodzianek. Pierwsza z nich to nowi znajomi. I to nie dziecko jedno czy dwoje, ale co najmniej kilkanaście. Przybyli do nas ze zlikwidowanej szkoły Leonardo w Harmelen. Właściwie do dziś nie wiem, czym ta szkoła się różniła od naszej. Prawdopodobnie dzieci uczone były jakąś inną metodą. Czy były przez to mądrzejsze? Nie mnie to oceniać. W każdym bądź razie troszkę uczniów do naszej szkoły przybyło.
Druga niespodzianka to zmiana szkoły z „Waldhoorn” na „Pionieer”. To także było dla mnie nie zrozumiałe, bo co komu przeszkadza nazwa szkoły? No ale nowy, młodszy pan dyrektor zarządził zmianę, jeszcze w czerwcu dzieci składały propozycje na nową nazwę i jednogłośnie wybrano „Pionieer”.
Przy zmianie nazwy odbyła się mała impreza dla dzieci. Wszyscy dostali bambusowe pręty i wspólnie wraz z nauczycielami składali olbrzymią piramidę, na której umieszczono nową flagę i nazwę szkoły. Później zaczęły się normalne dni nauki.
Syn trafił do grupy 5, a córka po zdaniu małego testu z tego, co miała zrobić w wakacje – od razu do grupy 8.
My z mężem powoli dopieszczaliśmy mieszkanie.
Gdy w czerwcu był u nas teść to wraz z mężem przygotowywali ściany w bijkeuken pod położenie paneli. Przykręcili listwy, położyli styropian. Dopiero w sierpniu przed powrotem dzieci z Polski mieliśmy pieniądze na wykończenie. Kupiliśmy plastikowe panele ścienne i paczkę kafelek na podłogę.
Gdy bijkeuken było już wykończone, korzystając ze sprzedaży ratalnej w Wehkamp dokupiliśmy jeszcze nową pralkę, zamrażarkę z trzema szufladami i pokusiliśmy się na kamerę cyfrową. Właściwie na kamerę nalegał mój mąż, mnie raczej nie zależało. Wiedziałam, że będzie podobnie jak z cyfrowymi zdjęciami – są gdzieś na płytach i nie ma ich nawet jak pokazać komuś, kto nie ma komputera. Ale mężowi zależało, więc kupiliśmy.
Oprócz tego zostaliśmy właścicielami „nowego” małżeńskiego łóżka. Tak naprawdę było ono używane, bo wypatrzyłam je kiedyś w kringloopie.
Miało masywny wygląd solidnego łóżka zabudowanego szafkami nocnymi z komodami i lustrem na wyposażeniu. Całość tworzyła piękny narożnik i oczyma wyobraźni widziałam je już w swojej sypialni. Pokazałam je mężowi. Też mu się spodobało.
Nie było na nim ceny, ale zaczepiłam pracownicę kringloopu i zapytałam ile to cudo kosztuje. Ta poszła na chwile na zaplecze, po czym wróciła ze specjalna naklejką i klejąc ją przy nas na szafkach napisała 145€.
Przeanalizowałam naszą „zdolność finansową” i dzień później stałam już w kasie kringloopu. Łóżko z komodami i lustrem + transport. Pani w kasie stwierdziła, że to łóżko kosztuje 250€. Zaprowadziłam więc ją i pokazałam wypisaną cenę, spotykając po drodze tę panią, z którą rozmawiałam dzień wcześniej. Ona też potwierdziła tę cenę. Kasjerka pomarudziła coś pod nosem o braku komunikacji, ale posłusznie skasowała mi to łóżko, za 145€ dodając do niego 10€ jako koszty transportu.
Cieszyłam się jak dziecko. Trochę mniej, gdy mi je przywieźli, bo okazało się ciężkie jak cholera i problematyczne do wniesienia do sypialni nawet w częściach. Męczyliśmy się z nim cały dzień. Przy okazji okazało się, ze brakuje kilku śrub i zaczepów, no ale od czego jest Gamma?
Wreszcie – BINGO. Łóżko z szafkami stanęło idealnie poskręcane w naszej sypialni. Niestety, z braku miejsca nie mogliśmy go ustawić w ten sam sposób, w jakim stało w sklepie, a więc jako całość. Ale szafki niemal idealnie wkomponowały się we wnękę pomiędzy naszą murowaną „szafą” a ścianą z kaloryferem i oknem balkonowym. W tej wnęce stała wcześniej biała komoda która teraz wraz z jedną białą nocną szafką powędrowała do pokoju córki. Druga szafka nocna i nasze stare łóżko w częściach powędrowali na strych.
Napisałam, że szafki „niemal” w całości zmieściły się we wnęce. Niemal – bo jedną szafkę też zanieśliśmy na strych, Z tej prostej przyczyny, że była to druga szafka narożna i nijak nie mieściła się już w sypialni.
Wiaderko, woda z płynem i szmatka doprowadziły moje cudo do czystości. Zostało nam jeszcze tylko przewiesić wyżej nasz obraz tak, by zmieściło się lustro w masywnej ramie.
Kładliśmy się spać niby do królewskiej alkowy. Nasze poprzednie łóżko było słabe i wyeksploatowane do granic możliwości, w każdej chwili groziło rozpadem, a to było piękne i masywne. Przy okazji okazało się, że nasze materace są odrobinę za wąskie i musieliśmy włożyć pomiędzy nie nieużywaną kołdrę zwiniętą w rulon. Kolejną inwestycją miały być nowe materace, ale z tym obiecaliśmy sobie trochę poczekać.
Tymczasem nasza córka zaczęła się bardzo intensywnie przygotowywać do bierzmowania. Jeździliśmy na spotkania do kościoła, wybrała sobie trzecie imię, zdawała egzaminy u księdza, razem z synem śpiewała w scholii, czasem śpiewała psalmy.
Oprócz tego wymyśliła, że zapisze się na zajęcia ze streetdance. Streetdance było prowadzone w ośrodku Henkido, który wraz z żoną prowadził nasz sąsiad w swoim domu obok. Oczywiście mieli dobudowaną specjalna salę, gdzie oprócz streetdance prowadzili jeszcze judo oraz gimnastykę odchudzającą.
Bałam się o córkę, jak ona to wszystko ze sobą pogodzi. W końcu to już grupa 8, czyli przygotowania do CITO, streetdance dwa razy w tygodniu po ponad godzinę, egzamin z religii, stres…..
Okazało się, że mama (czyli ja) niepotrzebnie się martwiła, bo córka doskonale dała sobie ze wszystkim radę. Nawet nie wiedziałam, że mam tak zdolne dziecko.
Oboje z mężem postanowiliśmy zrobić dzieciom niespodziankę i kupić im obiecanego jeszcze przed wakacjami króliczka-miniaturkę.
I tak oto w naszym domu pojawił się kolejny zwierzak. Kupiliśmy oczywiście pełne wyposażenie – klatka, poidełko, miseczka, trociny itp.
Króliczek był mały i piękny – biały z czarnymi łatkami. Od razu przypadł dzieciom do gustu.
Próbowaliśmy go oswoić ze sobą, przeszukaliśmy Internet w poszukiwaniu wiadomości, staraliśmy się postępować wg wskazówek, ale okazało się, że ten królik jest indywidualnością. Nie dawał się pogłaskać, gryzł wszystkich, a wypuszczany nie dawał się złapać. Próbowaliśmy go przyzwyczaić do siebie różnymi sposobami, ale królik nijak nie dawał się oswoić. Owszem, przychodził do każdego z nas, ale przy próbie pogłaskania natychmiast albo gryzł albo uciekał. Dzieci się rozczarowały, a ja nie wiedziałam, co zrobić. Doszłam jednak do wniosku, że zwierzątko w końcu się do nas przyzwyczai.
Korzystając z ostatnich ciepłych dni wybraliśmy sie też z dziećmi nad morze. Ale nie po to, by sie kąpać. Raczej by pooddychać rześkim morskim powietrzem, pospacerować po piasku, poopalać twarze w ostatnich ciepłych promieniach słońca.
Pojechaliśmy na plażę do Scheveningen a później do Noordwijk. Oczywiście nie obyło sie bez bólu nogi, która obciążona piaskiem jeszcze bardziej sprawiała problemy. Jednak taka wycieczka była nam też potrzebna przed powrotem jesiennych deszczów.
Jeśli chodzi o mnie, to postanowiłam nie nudzić się więcej w domu tylko zapisać się na kurs językowy. Trochę mi już dopiekło wieczne proszenie się kogoś, by gdzieś mi zadzwonił lub gdzieś ze mną jechał.
Miałam przykre doświadczenie we wrześniu, gdy próbowałam wrócić do pracy z boląca nogą. Prosiłam wtedy mówiącą perfect po angielsku Ankę o telefon do UWV. Odpowiedziałam mi wtedy, że ona wcale dobrze nie mówi i że nie będzie mi nigdzie dzwonić. Zrobiło mi się bardzo przykro, bo wiedziałam, że to nie prawda. By nie pokazać ze łzy stanęły mi w oczach odwróciłam się na pięcie i szybko wyszłam z kantyny trzaskając za sobą ze złości drzwiami.
Kaśka też coraz bardziej niechętnie przychodziła i telefonowała w moim imieniu gdziekolwiek. Obiecałam sobie, ze nauczę się tego przeklętego języka by samemu załatwiać swoje sprawy.
Skorzystałam z formularza internetowego i zapisałam się na kurs do Volksuniversitet Woerden.

Rehabilitacja i UVW

Po drugiej wizycie w szpitalu ostatecznie zdjęto mi usztywniający plaster po raz drugi robiąc mi darmową depilację nogi. Wreszcie mogłam w miarę normalnie chodzić. Jednak ból nogi nie mijał. Pielęgniarka powiedziała, że na dalsze ewentualne leczenie mam się udać do lekarza rodzinnego.
Nadal miałam wrażenie ocierania kości o kość, nie mogłam długo i szybko chodzić, o biegu mogłam zapomnieć, o butach na obcasie również. Nie miałam pojęcia jak wrócę do pracy, gdzie trzeba było niemal biegać z kartonami. Poszłam więc do lekarza rodzinnego, gdzie miła pani doktor dała mi skierowanie na rehabilitację.
Na szczęście gabinet rehabilitacji znajdował się blisko mojego domu i mogłam się tam udać pieszo. Zanim jednak trafiłam do gabinetu rehabilitacyjnego musiałam zrobić afspraak, czyli umówić się na spotkanie w konkretnym dniu o konkretnej godzinie.
W umówionym dniu i o umówionej godzinie weszłam do gabinetu młodziutkiej i bardzo miłej pani rehabilitantki i zaczęłam po angielsku opowiadać, co i jak z nogą. Rehabilitantka uważnie mnie wysłuchała i poprosiła o to, bym zdjęła buty i usiadła na kozetce. Zaczęła oglądać i dotykać moja stopę i kostkę, która nadal była lekko opuchnięta. Miałam nadzieję na jakieś masaże, czy naświetlania jednak lekarka zaczęła delikatnie kręcić moją stopą i pytać o miejsce i natężenie bólu. Poczułam rozczarowanie, bo czułam się jak na chirurgii w momencie nastawiania złamanej kości, a nie jak w gabinecie rehabilitacyjnym.
Po około 10 minutach takiego maltretowania zostałam poproszona o zrobienie kilku kroków. Później dowiedziałam się, że powinnam dużo, ale powoli chodzić, nie powinnam ciężko dźwigać i jednocześnie dużo wypoczywać z nogą zawsze uniesioną wyżej. Następne spotkanie za tydzień, dziękuję, do widzenia….
Drugie i kolejne spotkanie przebiegło bardzo podobnie, a na moje zapytanie o masaż lub ćwiczenia gimnastyczne usłyszałam, że jeszcze za wcześnie. Miałam dosyć takiej rehabilitacji.
Na dodatek po upłynięciu miesiąca kalendarzowego otrzymałam rachunek z ubezpieczalni i okazało się, że nie dość, że każda wizyta kosztuje mnie 28€, to jeszcze muszę sama pokrywać jej koszty. Czemu tak? Otóż mam wykupiony basis pakiet, który nie pokrywa kosztów rehabilitacji…. Przy wizytach dwa razy w tygodniu miałam do zapłacenia niezłą sumkę…
Z racji tego, że dostaliśmy urlopu moi rodzice byli zmuszeni przyjechać do Holandii po raz trzeci w tym roku, tym razem by przywieźć moje dzieci z powrotem do domu. Nie zostali długo, ale za to znów zaopatrzyli mi lodówkę we wszystkie najpotrzebniejsze wiktuały.
W międzyczasie otrzymałam pismo z UWV informujące mnie o konieczności stawienia się na komisję lekarską. W piśmie wyznaczona była data, godzina i nazwisko osoby, z którą mam się spotkać. I od razu powstał problem, z kim się tam udać w roli tłumacza…
Okazało się, że będę musiała iść tam sama. Data spotkania wyznaczona była na 31 sierpnia, gdzieś koło godziny 12.00 czy 13.00. Moja córka, która coraz lepiej radziła sobie z językiem była niestety w tym czasie w szkole, a Kaśka akurat niedawno znów zaczęła pracować w Schuitemie…
Dzwoniłam nawet do pani Irenki, która prowadziła schole w rotterdamskim kościele. Wiedziałam, że ona mieszka w Leiden, a właśnie tam miałam się udać na ową komisję. Niestety, ona w tym czasie pracowała i pomimo szczerych chęci nie mogła mi pomóc. Nie pozostało mi nic innego, jak pojechać samej.
W wyznaczonym dniu stawiłam się, więc przed gmachem UWV. Znalazłam miejsce parkingowe i weszłam do środka budynku. Tam w informacji pokazałam list oraz dowód osobisty, otrzymałam do podpisania formularz zwrotów kosztów podróży oraz zostałam poproszona o zajęcie miejsca w poczekalni.
Trochę bałam się tej wizyty, bo nie wiedziałam, czego się po niej spodziewać. Miałam wprawdzie „list polecający” od rehabilitantki ale i tak byłam pełna obaw.
Po dobrych 15 minutach oczekiwania wreszcie przyszła moja kolej. Moje nazwisko wywołała pani w wieku tak na oko powyżej 50 lat. Nie wyglądała na Holenderkę, a raczej na jakąś Hinduskę, jednak ubrana była całkiem zwyczajnie.
Zaprowadziła mnie do gabinetu, usadziła na krześle i zaczęło się swoiste „przesłuchanie”. Było mi bardzo ciężko, chociaż okazało się, że ona doskonale zna angielski. Ja jednak nie znałam tego angielskiego perfect i dużo rzeczy musiałyśmy sobie nawzajem tłumaczyć „rękami i nogami”. Głównie chodziło o warunki mojej pracy i o przebieg wypadku.
Pani doktor obejrzała moja stopę i kostkę, przyjrzała się sposobowi mojego chodzenia, wypytała o miejsca bólu, o stosowane medykamenty i sposób rehabilitacji. Wszystko szybciutko zapisywała w komputerze. Na koniec poinformowała mnie, że najlepiej gdybym próbowała wrócić do pracy, ale na ½ etatu. Stwierdziła, że albo biuro pracy da mi inną, najlepiej siedząca pracę, albo pozwoli mi pracować 3-4 dni w tygodniu po maksymalnie 4 godziny.
To było kolejne rozczarowanie. Nie wyobrażałam sobie, w jaki sposób mam pracować (chodzić) z bolącą nogą. Wiedziałam, że ani Adecco ani Schuitema nie da mi innej, siedzącej pracy. Takie stanowisko nie było przewidziane dla kogoś pracującego jako uitzendkracht. Jednak zalecenie pani doktor było wyraźne – próba powrotu do pracy z jednoczesną dalszą rehabilitacją nogi.
Nigdy dotąd nie narzekałam na służbę zdrowia w Holandii, bo ta w porównaniu ze swoim polskim odpowiednikiem zawsze wychodziła na duży plus, a tu takie rozczarowanie. Czyżby holenderskie komisje lekarskie były takie same jak te polskie z ZUS-u???
Miałam dość. Poprosiłam jeszcze o jakiś dokument, który mogłabym pokazać w pracy. Usłyszałam jedynie, że takie pismo przyjdzie pocztą i na tym moje spotkanie się skończyło. Wracałam do domu rozczarowana i pełna niepokoju, co bedzie dalej….
Od razu udałam się do gabinetu rehabilitacyjnego by zdać sprawozdanie z komisji i poprosić o radę. Rehabilitantkę zbytnio nie zdziwiło oświadczenie pani doktor-orzecznik, ale na moją prośbę wystawiła mi zaświadczenie w myśl którego, mam podjąć próbę powrotu do pracy na 4 godziny dziennie i 4 dni w tygodniu. Poradziła mi też, by poprosić biuro pracy o ustawienie grafika pracy w ten sposób, bym chodziła do pracy dwa dni pod rząd, jeden wolny i znów dwa dni. O święta naiwności, przecież ja jestem tylko uitzendkracht, czyli mały trybik w maszynce. Co kogo obchodzi moja noga? To mój problem i niczyj więcej.
Gdy tylko pojawiłam się w biurze Adecco, Cuneyt przywitał mnie radośnie z zapytaniem, kiedy wreszcie wracam do pracy. Gdy jednak przeczytał pisemne zalecenie rehabilitantki to już mina mu skwaśniała i stwierdził, że taka praca jest niemożliwa. Podałam mu numer telefonu do pani doktor orzecznik UWV z propozycją by do niej zadzwonił i osobiście ją o tym fakcie poinformował, w przeciwnym wypadku sam z własnej kieszeni będzie mi wypłacał zasiłek chorobowy.
Jego oczy ciskały gromy, gdy ustawiał mi grafik na pierwsze dni mojej pracy.
Pracę zaczęłam od 6 września.
Po burzliwych pertraktacjach udało mi się wynegocjować pracę w godzinach od 8.00 do 12.00, w systemie 2 dni pracy/1 wolny/2 dni pracy. Niestety taka obietnica była tylko na pierwszy tydzień mojej pracy. Każdy kolejny musiałam znów walczyć i pertraktować.
Powrót do pracy był męczarnią. Noga bolała niema przy każdym kroku i moja „produktywność” zmalała chyba o 60%. Miałam to głęboko w nosie, bo z tego, co zauważyłam to zdrowi kontraktowi pracowali jeszcze wolniej. Na szczęście teamleaderzy byli wyrozumiali. Dawali mniejsze ordery, nie poganiali, co chwila pytali czy wszystko jest ok. Obawiałam się tylko, że wiecznie nie będzie tak różowo i zaczną mi „przykręcać śrubę” a czułam, ze tego moja noga nie wytrzyma.
Cztery godziny chodzenia po magazynie z równoczesnym obciążeniem w postaci podnoszenia wcale nie lekkich przecież kartonów to już było duże wyzwanie dla uszkodzonego ścięgna i stawu. Do tego dochodziła ogromna ilość schodów prowadzących na magazyn i do szatni. No i oczywiście z powrotem…
Spotkany kiedyś po drodze do pracy czy z pracy Mark, kierownik całego VGD wypytał mnie o moją nogę i przebieg leczenia. Gdy powiedziałam mu, że nie najlepiej dla mojej nogi była by zmiana pracy na bardziej „siedzącą” wyraził zrozumienie, ale powiedział otwarcie, że gdybym była na kontrakcie to może dało by się coś dla mnie zrobić. Ale niestety dla uitzendkracht nie mają takiej pracy…
Zresztą i teamleaderzy zaczęli się zmieniać… Najpierw Mark został przeniesiony do biura, a jego miejsce zajął dotychczasowy kierownik AGF-u, czyli działu z warzywami. Potem Ton został przeniesiony na „bardziej odpowiedzialne” stanowisko  – na Emballage, czyli dział opakowań zwrotnych, a jego miejsce na VGD zajął zupełnie nowy teamleader Marcel.
Marcel mnie nie znał, nie wiedział więc jak pracowałam przed wypadkiem, ale i tak bardzo interesował się moim stanem zdrowia.
Tymczasem Ton podobno został kierownikiem na tym Emballage, ale nie odpowiadała mu ta praca i z tego co pamiętam z opowiadań męża to po 3 miesiącach sam się zwolnił.
Ja po 4 godzinach pracy wracałam do domu z nogą tak bolącą, że wydawało mi się, iż puchnie w bucie. Na szczęście nie puchła, a jedynie strasznie bolała. Prace domowe sprowadzałam do minimum, ograniczałam wchodzenie po schodach do sypialni i pokojów dzieci, sprzątaniem zajmował się mąż na spółkę z dziećmi. Ja przygotowywałam jedzenie i na zmianę z córką pilnowałyśmy gotujących lub smażących się produktów. Co tylko mogłam wykonywałam na siedząco – obieranie ziemniaków, składanie prania itp. By następnego dnia móc podjąć pracę musiałam dużo odpoczywać z nogą uniesioną do góry. Nie pomagało….
Bywały dni, w których zwalniałam się z pracy po 3 a nawet już 2 godzinach, bo ból był nie do zniesienia. Każdorazowo musiałam po drodze wstąpić do biura Adecco i poinformować, że z powodu bólu nogi idę do domu. I każdorazowo widziałam przed sobą skrzywioną twarz Cuneyta.
Pod koniec września powiedziałam „dosyć” i poinformowałam Cuneyta o powrocie na chorobowe. Nie był z tego powodu zbytnio zadowolony, jednak zgłosił ten fakt do UWV.
Wypłata wstrzymanego na czas powrotu do pracy zasiłku chorobowego została niemal natychmiast kontynuowana. Byłam mile zaskoczona, no ale Kaśka kilkakrotnie w moim imieniu dzwoniła do pani doktor orzecznik i po pierwsze pytała o to nieszczęsne pismo, które rzekomo miało przyjść pocztą a po drugie poinformowała ja niezależnie od Adecco, że nie jestem w stanie pracować i dlatego wracam na chorobowe.
Co do pisma – to już zgłupiałam całkiem, ponieważ doktor orzecznik odrzekła że pisma takowego nie ma i nie będzie. Dziwne to dla mnie było. Owszem, wiedziałam, że tutaj w Holandii wszystko idzie drogą elektroniczną i każdy lekarz specjalista wysyła wyniki bezpośrednio do lekarza rodzinnego, ale na chłopski rozum jakiś dowód tej wizyty powinnam mieć, a tu nic….
Wróciłam do punktu wyjścia, czyli do kolejnych „zabiegów” rehabilitacyjnych nieprzynoszących efektów. A gdy rehabilitantka zaproponowała mi i mimo moich oporów założyła na kostkę usztywnienie w postaci… elastycznego plastra (tego samego, co w szpitalu po zdjęciu gipsu) zbuntowałam się. Umówiłam się na wizytę u lekarza rodzinnego i po krótkich wyjaśnieniach zażądałam skierowania do ortopedy.

Dopadła mnie nuda…

W Kabarecie Starszych Panów śpiewano kiedyś, że „W czasie deszczu dzieci się nudzą”. W czasie choroby chyba wszyscy się nudzą, nie tylko dzieci. Ja też nudziłam się straaaaasznie….
Niby miałam kilka motków muliny, kolorowe czasopisma, krzyżówki… No tak, ale ileż można robić ciągle to samo??
Na spacery sama chodzić nie mogłam, bo noga bolała jak cholera. Bałam się zresztą sama wychodzić daleko od domu. Wprawdzie w ciągu dnia wychodziłam na krótkie spacery z psem, jednak nie czułam się na siłach odchodzić daleko od domu.
Gdy było słonecznie opalałam się w ogrodzie, gdy miałam dość słońca to siedziałam w cieniu i czytałam gazety lub haftowałam. A gdy nie czułam się na siłach to nie wychodziłam z domu w ogóle, a często nawet leżałam długo w łóżku rozmyślając nad tym, co będzie dalej.
Na szczególnie długie leżenie w łóżku mogłam sobie pozwolić w te dni, kiedy mój mąż pracował na rano. Wtedy wiedziałam, że wcześniej jak o 15.00 nie wróci. Wstawałam więc sobie pomiędzy 11.00 a 12.00, jadłam śniadanie, piłam kawę, powoli przygotowywałam obiad i czekałam na męża.
Najgorsze były jednak dni, gdy mój mąż pracował na popołudnie. Wtedy wprawdzie też nie wstawałam bladym świtem, też mogłam pospać do 10.00, ale za to gdy mąż wychodził do pracy o 13.00 zostawałam tylko z psem na dłuuuugie godziny.
Miałam wprawdze komputer, konto na forum niedziela.nl, odkryłam program do wymiany plików „Ares”. Podobno takie programy jak Ares są nielegalne. Ja jednak bardziej korzystałam z czata niż z udostępnionych plików. Szybko jednak znudziły mi się bezsensowne rozmowy znudzonych małolatów lub tak zwanych „dorosłych” wciąż nawijających o seksie.
W telewizji albo nadawali same powtórki, albo wciąż rozpamiętywano śmierć Michaela Jacksona (25 czerwca 2009).
Nie, żebym go nie lubiła. Wręcz przeciwnie, uważałam go za świetnego piosenkarza, a jego przeboje takie jak „Thriller”, „Billie Jean” czy „Earth Song” nadal są dla mnie hitami.
Jednak Król Popu zmarł i nie jest ważne czy była to śmierć „naturalna”, czy ktos mu w tym pomógł. Ważne, by nad jego grobem była stosowna cisza. Bo można dochodzić prawdy czy przedawkował sam, czy zrobił to jego lekarz, czy może po prostu serce nie wytrzymało ciągłego poprawiania wyglądu. Ale należałoby to robić z szacunkiem dla zmarłego. Tymczasem ci, co za życia wieszali na nim psy nazywając go królem kiczu, czy wręcz pedofilem teraz głośno komentowali jego życie i śmierć nadal go szkalując, a ci co nazywali się jego fanami wpadali w zbiorową histerię…
Niestety, ani jedni ani drudzy nie mogli przywrócić go do życia, a życie jak to życie, toczyło się dalej. Przecież jak śpiewał Freddie Merkury – „The Show Must Go On”…
Ogólnie mówiąc, to oglądając telewizję można było dostać kota…
Jeśli chodzi o kota, to dostaliśmy aż dwa – do opieki. To znaczy, nie tak dosłownie je dostaliśmy, bo nie mieliśmy ich u siebie w domu. Myślę nawet, że nasz pies ostro by zaprotestował widząc takich współlokatorów…
Jednak przez tydzień mieliśmy się opiekować dwoma małymi kotami Kaśki, która wyjechała do Polski. Koty zostawiła zamknięte w swoim domu, a nam dała klucze i instrukcje, co im dawać jeść. Tak więc mieliśmy dwa koty do opieki. To znaczy mój mąż miał, bo to on chodził je karmić. Już w pierwszy dzień stwierdził, że pozostawienie dwóch małych kotków samych i zamkniętych w domu to chory pomysł. Gdy jeden raz ja tam poszłam to niestety, ale musiałam przyznać mu rację…
Co z tego, że kotki miały kuwetę ze specjalnym piaskiem, jak ich odchody porozciągane były po całym salonie, bo akurat tam stała ta kuweta. Telefon był zrzucony na podłogę, kwiaty doniczkowe poprzewracane, pozaciągane firanki…. W kuchni podobny Sajgon – rozlana woda z miseczek i porozrzucane kocie przysmaki. Masakra.
– O nie – pomyślałam. – Ja miałam koty karmić, a nie po nich sprzątać.
Nalałam więc kociakom świeżej wody, nałożyłam kociego jedzenia i wyszłam. Przy okazji okazało się, że trzeba kotkom kupić jedzenie, bo Kaśka zostawiła dla dwóch kotków na ponad tydzień jedna puszkę mięsną i trochę na dnie torebki suchego jedzenia. Chyba nie chciała ich zagłodzić???
My oczywiście do Polski nie pojechaliśmy. Dlaczego? Czyżbyśmy się bali Cuneyta z Adecco??? Nie, po prostu machnęliśmy na to ręką. Doszliśmy do wniosku, że tak naprawdę nie ma o co kruszyć kopii, bo ja nie byłam pewna kondycji swojej nogi.
Nie miałam pojęcia, czy dam radę prowadzić samochód z bolącą nogą. Mieliśmy się wprawdzie zatrzymać u mojej koleżanki z podstawówki, która mieszka mniej więcej w połowie drogi z Holandii do Polski, ale stwierdziliśmy, że damy sobie spokój.
W oczekiwaniu na to, aż moi rodzice przywiozą z Polski nasze dzieci wymyśliliśmy sobie rozrywkę i pojechaliśmy pociągiem na zwiedzanie Utrechtu.
Zwiedzanie, to za duże słowo, bo przecież ja nie mogłam za wiele chodzić. Poza tym raczej nie interesowały nas muzea. Chcieliśmy po prostu pospacerować uliczkami Utrechtu, zrelaksować się.
Przeszliśmy pasaż na dworcu kolejowym i ze dwie ulice i ja już miałam dosyć. Na szczęście miałam się na kim oprzeć. Poza tym nie musieliśmy się nigdzie spieszyć, mogliśmy więc powolutku spoacerować uliczkami pełnymi uroczych kamieniczek i zakamarków. W najbliższej lodziarni kupiliśmy solidną porcję lodów i siedząc na ławeczce obserwowaliśmy mijających nas w pośpiechu ludzi – pieszych, rowerzystów i tych pływających we wszelkiego typu łódkach i statkach, pływających kanałem.
Na zakończenie wycieczki mąż kupił mi wielki bukiet czerwonych róż u przydrożnego sprzedawcy. Naliczyłam ich prawie 50. W pociągu ledwo było mnie widać zza tego bukietu….
Po powrocie do domu usiadłam na sofie w nogą ułożoną wyżej i do końca dnia odpoczywałam.
Drugą atrakcją, którą sobie zafundowaliśmy był wypad do Beverwjik na bazar. Tam jednak pojechaliśmy już we troje, mając za kierowcę i przewodnika Mariusza. On bywał tam bardzo często, znał trasę i cały bazar na pamięć.
Nie planowaliśmy żadnych wielkich zakupów, po prostu chcieliśmy zobaczyć ten osławiony największy holenderski bazar. Generalnie nie zawiedliśmy się – bazar był ogromny i ze względu na moja nogę nie przeszliśmy nawet połowy. Mariusz pokazał nam kilka jego zdaniem najważniejszych punktów, a potem zabrał nas do Turka na obiad. Tam zamawiając średnie porcje obżarliśmy się niemożliwie. A wszystko było tak smaczne, że szkoda było zostawiać cokolwiek na talerzu. Kupiliśmy skromne prezenty dzieciom i zmęczeni całodzienną wycieczką wróciliśmy do domu.

Po zdjęciu gipsu

W piątek od rana cieszyłam się jak dziecko. Wreszcie zdejmą mi ten ciężki gips, wreszcie będę mogła normalnie się wykąpać, ruszać stopą, wygodnie spać…
Kaśka przyjechała przed 9.00 rano, pomogła mi się zapakować z tym nieszczęsnym gipsem i berłami do jej samochodu i pojechaliśmy do szpitala. Zaparkowaliśmy niemal przed samymi drzwiami i Kaśka poszła po wózek, żebym nie musiała chodzić z tymi berłami. Usadziła mnie na tym wózku a sama zaparkowała samochód w bardziej odpowiednie miejsce.
Nie mogłam usiedzieć spokojnie, bo nie mogłam się już doczekać, kiedy wreszcie zdejmą mi ten gips. Wreszcie zostałyśmy poproszone do gabinetu. Pielęgniarka bez zbędnych ceregieli zaczęła zdejmować gips jednocześnie pytając, co się stało, jak się czuję i czy nie miałam problemów z nogą uwięzioną w gipsie. Na koniec przemyła mi nogę specjalnymi chusteczkami i powiedziała, że dostanę usztywniający opatrunek i przez kolejne dwa tygodnie mam oszczędzać nogę.
Byłam rozczarowana. Miałam nadzieję, że każą mi robić jakieś ćwiczenia, masaże itp. Rozczarowałam się jeszcze bardziej, gdy okazało się, że ten „usztywniający opatrunek” to coś w rodzaju szerokiego, lekko elastycznego plastra przyklejanego bezpośrednio na skórę nogi. Pielęgniarka zaczęła go przyklejać w okolicy śródstopia a skończyła powyżej kostki, na której go skrzyżowała. Owszem, usztywnił on trochę nogę, ale nie ułatwiał chodzenia. Miałam go nosić przez kolejne dwa tygodnie.
– Cholera – Pomyślałam – Znów będzie problem z kąpielą i normalnym chodzeniem.
Byłam zła. Dobry humor gdzieś zniknął. Pielęgniarka wręczyła mi elastyczną „skarpetę” bez palców. Miałam ją nakładać na nogę gdybym czuła ból. Kaśka umówiła mnie jeszcze na kontrolę za dwa tygodnie, oddałyśmy berła i wróciłyśmy do domu.
Kaśka pomogła mi wejść do domu i pojechała do siebie. Zostałam sama. Postanowiłam spróbować wejść na górę, wreszcie bez gipsu i problemów. Jednak zanim zaszłam do góry nieźle się spociłam. Noga była usztywniona w stawie skokowym, co wcale nie ułatwiało wchodzenia i schodzenia po schodach. Ale dużym plusem był brak ciężkiego gipsu.
Około godziny 12.00 dzieci wróciły do domu szczęśliwe że to już wakacje. Córka przyniosła ze szkoły jakiś segregator.
– Po co ci to – Zapytałam.
– Meester Ed dał mi to na wakacje żebym się uczyła – odpowiedziała moja córka.
– Żebyś się uczyła?? – Zdziwiłam się.
– Tak, przez wakacje mam zrobić to, co tu mam, Meester Ed to sprawdzi i zaliczy mi pół roku w grupie 7.
Zrobiłam wielkie oczy.
– Możesz jaśniej?
– Oj mamo, pan powiedział, że powinnam już być teraz w grupie 8 i mam przerobić ten materiał przez wakacje. Potem on mi to sprawdzi i zacznę materiał z grupy 8 i będę mogła w za rok iść do szkoły wyższej.
– A to tak można? – dziwiłam się dalej.
Na to córka mi nie odpowiedziała, tylko popędziła do swojego pokoju. Kilka godzin później z pracy wrócił mąż, a wieczorem przyjechali moi rodzice. Nasz mały domek zapełnił się ludźmi, już miałam nie być sama.
W sobotę rano moi rodzice wyruszyli na zakupy. Ja zostałam w domu. Nie dałabym rady prowadzić samochodu, ani tak długo chodzić po sklepach. Usztywniony staw sprawiał ból, jak gdyby kość tarła o kość. To było czasem nie do wytrzymania. Siedziałam więc w domu trzymając zawsze nogę wyżej. To podobno miało pomóc w rehabilitacji… Szczerze powiedziawszy wolałabym jakieś masaże czy ćwiczenia zamiast tego plastra, ale cóż, podobno na to jeszcze za wcześnie. Na szczęście mama przywiozła mi zamówiona mulinę i mogłam sobie wyszywać swoje krzyżyki. Przywiozła mi tez stos kolorowych czasopism i krzyżówek. Czułam, że już nie będę się nudzić.
Przez ten tydzień moi rodzice dużo mi pomogli. Mama sprzątała i gotowała obiady, tata plewił ogród i kosił trawę. Zrobili mi zapasy żywności, środków czystości, środków higienicznych – słowem niemal wszystkiego, żeby mój mąż nie musiał robić zakupów jeżdżąc z pracy na skuterze. Na koniec w czwartek 16 lipca zrobili mojej córce skromne przyjęcie urodzinowe w najbliższym gronie rodzinnym i w piątek 17 lipca z samego rana wyjechali do Polski. Mogli zostać dzień dłużej, ale teściowa chciała urządzić mojej córce urodziny u siebie, więc prosiła ich przez skype by przyjechali troszkę wcześniej.
Moja córka wyjechała do Polski zaopatrzona w materiały do nauki. Trochę dużo tego było, bo oprócz segregatora ze szkoły zabrała także materiały przygotowujące ją do egzaminu przed bierzmowaniem… Trochę się obawiałam, czy ona będzie miała w ogóle czas na naukę. Znając moich teściów i rodzinę szwagra, to bardzo w to wątpiłam…
Gdy wyjechali moi rodzice z dziećmi ja musiałam zająć się swoimi sprawami. Adecco zażyczyło sobie szpitalną dokumentację przebiegu leczenia. Przynajmniej tyle zrozumiałam przez telefon. Powiedzieli mi, że chyba udaję chorobę i że mam się zgłosić do biura. Znów musiałam prosić o pomoc Kaśkę, która miała służyć za kierowcę i tłumacza.
Na bramie wejściowej musiała prosić o kontakt z biurem i specjalną przepustkę uprawniająca do wejścia na teren zakładu. Na szczęście pracownicy Adecco uwierzyli w to, że nie mogę się samodzielnie poruszać i Kaśka taka przepustkę od strażników otrzymała. Przy wydatnej pomocy Kaśki, trzymając się kurczowo poręczy a później ścian jakoś dotarłam do biura.
Oczywiście pierwsze pytanie, jakie padło brzmiało „dlaczego droga z parkingu zajęła nam tyle czasu”. Zdenerwowana Kaśka odpowiedziała, że niestety ja ledwo chodzę, a szpitalnych wózków tutaj (w Schuitemie) niestety nie ma. Cuneyt dziwnie na nią popatrzył i zażądał Afsprakenkaart ze szpitala. Zrobił sobie z niej ksero i zapytał, kiedy wrócę do pracy.
Kaśka zaczęła wyjaśniać, że czekają mnie jeszcze kontrole w szpitalu a później rehabilitacja nogi. Ja czułam się jak symulant pod uważnym wzrokiem Cuneyta. Od razu tez dowiedziałam się, że niestety, ale nie dostaniemy zaplanowanego urlopu w sierpniu.
– Jak to nie dostaniemy? Ja muszę jechać po dzieci, które są na wakacjach u rodziny w Polsce…
– Nie należy się wam urlop, bo przecież byliście już na urlopie w kwietniu i w maju.
– Ale co to ma do rzeczy? – Zapytałam – Przecież są osoby, które też miały urlop w maju i pojechały na urlop już teraz, w lipcu.
– Poza tym – kontynuowałam – większość osób, które już są na urlopach lub dopiero na nie wyjadą miały urlop w okresie Bożego Narodzenia, gdy my w tym czasie ciężko pracowaliśmy…
Na moje argumenty usłyszałam jedno zdanie:
– Jechać możecie, ale nie macie po co wracać…
Zdenerwowałam się na maksa… Prawdopodobnie i tak nie pojechalibyśmy na żaden urlop z powodu mojej kontuzji, ale chodziło o zasadę – inni jeździli regularnie co 2-3 miesiące nawet na 3 tygodnie a my mieliśmy dwa razy po półtora tygodnia i od razu wielkie halo…
Skapitulowałam jednak i wyszłyśmy z biura. W domu wszystko opowiedziałam mężowi, który tez oczywiście się zdenerwował.
W tym czasie otrzymywałam listy z UWV. Najpierw przyszło potwierdzenie zgłoszenia wypadku, później potwierdzenia rozmów telefonicznych, później wreszcie upragniona decyzja o przyznaniu zasiłku chorobowego.
Po tym ostatnim liście odetchnęłam z ulgą.
– Wreszcie wiem, na czym stoję – Pomyślałam. – Teraz trzeba robić wszystko, by wrócić do zdrowia.
Łatwo powiedzieć….
Po dwóch tygodniach od pierwszej wizyty znów pojechałam z Kaśką do szpitala. Tam pielęgniarka zmieniła mi ów „usztywniający opatrunek” na świeży plaster robiąc mi jednocześnie darmową depilację nogi. Powiedziała, że za następne dwa tygodnie już powinni mi ten opatrunek zdjąć całkiem i że będę mogła normalnie chodzić.
Zastanawiałam się, co to znaczy „normalnie” i miałam nadzieję, że ból odczuwalny podczas stania czy chodzenia wreszcie ustąpi.

Trudne życie z gipsem

Pierwsza noc była koszmarem. Następne też nie były lepsze, ta pierwsza jednak szczególnie zapadła mi w pamięć.
Zaczęło się od tego, że nie umiałam wejść na piętro. Moje schody są bardzo dziwne i w pewnym miejscu zaczynają skręcać jednocześnie zwężając się z jednej strony. Bałam się, że moje ręce zaopatrzone w berła nie utrzymają ciężaru wcale nie lekkiego przecież ciała. Odłożyłam więc berła i próbowałam wejść na górę skacząc na jednej nodze schodek po schodku, rękami przytrzymując się poręczy. To także nie był najlepszy pomysł, bo bardzo szybko się zmęczyłam, zaczęła mnie boleć zdrowa noga i ręce. Mąż próbował podpierać mnie za plecy, ale i to niewiele pomogło.
Wreszcie jakoś dotarłam na piętro, ale powstał problem z umyciem się pod prysznicem. Chociaż padałam ze zmęczenia musiałam jakoś wziąć prysznic. I znów z pomocą przyszedł mój pomysłowy mąż. Owinął mi gips dużym workiem na śmieci i dodatkowo zabezpieczył ręcznikiem, by woda nie dostała się pod gips. Jednak i tak musiał mnie podtrzymywać, gdy się myłam. Nie mogłam przecież opierać się na gipsie, stałam więc na jednaj nodze oparta o męża. Biedak później musiał wycierać zalaną łazienkę….
Prawie kompletnie wyczerpana położyłam się do łóżka z nadzieją na szybki sen. Skręcona kostka przecież nie bolała, a na swędzącą skórę miałam zakrzywiony drut. Szybko przekonałam się jednak, że spanie z nogą w gipsie jest bardzo trudne.
Generalnie nigdy nie śpię na plecach, bo nie umiem w takiej pozycji zasnąć. Przeważnie zasypiam na lewym boku. Wtedy jednak noga w gipsie znalazła się na zdrowej nodze i zaczęła ją uciskać. Gdy odwróciłam się na prawy bok było zdecydowanie lepiej, jednak wtedy noga znalazła się na płaskim, a lekarz wyraźnie zalecił, by przez jakiś czas trzymać ją wyżej…
Pozostawało ułożenie się na plecach i ułożenie nogi w gipsie na małej poduszce. W tej pozycji trudno mi było zasnąć, więc znów próbowałam jakoś ułożyć się na boku…. Po kilku godzinach wreszcie udało mi się zasnąć….
Gdy się rano obudziłam mojego męża nie było już w łóżku. Zadzwoniłam więc ze swojej komórki na nasz telefon stacjonarny i mąż przyszedł do sypialni. Podtrzymywał mnie gdy się ubierałam, myłam i czesałam. Wciąż wszystko robiłam stojąc na jednej nodze. Problemy pojawiły się znów, gdy musiałam zejść po dosyć stromych schodach. Pomyślałam wtedy, że przecież ciągle nie mogę być zależna od pomocy męża, że przecież on następnego dnia musi iść do pracy. Postanowiłam zjechać ze schodów na własnej pupie, asekurując się rękami i zdrową nogą….
Uff, udało się. Na dole znalazłam się stosunkowo szybko i w miarę bezboleśnie. Teraz już mogłam poruszać się przy pomocy bereł.
Przed południem zadzwoniła Kaśka z zapytaniem, co się stało. Widziała przecież już w sobotę na swojej komórce, że dzwoniłam i później wieczorem, gdy widziała moje dzieci na spacerze z psem to je zaczepiła. Okazało się, że całą niemal sobotę była na plaży z panią G. Nie zabrała ze soba komórki, więc mogłam sobie dzwonić i dzwonić.
Nie zdziwiło mnie, że wybrała się na plażę z panią G. i jej dziećmi. Już wcześniej mówiła mi, że obie się troszkę zaprzyjaźniły, bywały u siebie na kawie i grillu. Pytała mnie nawet, czy ja nie mam nic przeciwko. Nie miałam nic przeciwko, bo przecież nie ja jej będę wybierać znajomych. Życzyłam jej tylko, by ta „przyjaźń” nie odbiła jej się czkawką, tak jak mnie….
Umówiłam się z Kaśką, że przyjdzie do mnie w poniedziałek rano, bo ktoś musiał zadzwonić do szpitala i umówić mnie na wizytę w gipsowni.
Należę do tych szczęśliwych kobiet, których mężowie są nauczeni robić wszystko – gotować, sprzątać, malować, reperować, opiekować się z dziećmi i nie tracą przy tym nic ze swej męskości. Dlatego mogłam spokojnie odpoczywać na sofie z nogą uniesioną wyżej wtedy, gdy mój mąż wraz z dziećmi przygotowywali posiłki. Niedziela minęła mi więc na totalnym lenistwie i odpoczynku.
Wieczorem postanowiłam sama wejść na piętro. W jaki sposób? W podobny sposób, w jaki rano z tego piętra schodziłam. Rano jednak „zjeżdżałam” na własnej pupie, tym razem jednak siedząc na schodach wciągałam się na rękach do góry – schodek po schodku. Udało się i bardzo się z tego powodu cieszyłam.
W poniedziałek rano mąż wybrał się do pracy, a ja leżałam w łóżku do momentu, gdy dzieci zaczęły wybierać się do szkoły. Nie mogłam im nijak pomóc, a jeszcze sama musiałam skorzystać z ich pomocy. Wstałam, ubrałam się i umyłam, a potem zjechałam na dół tak samo jak w dniu poprzednim. W kuchni zrobiłam sobie kawę i śniadanie, lecz musiałam prosić dzieci o zaniesienie mi tego wszystkiego do salonu. Później zostałam sama z psem.
Gdy przyszła Kaśka najpierw zadzwoniliśmy do Adecco z informacją o problemie. Trochę się wystraszyłam, bo okazało się, że w biurze nikt nie wie o moim wypadku. Zaczęłam się trochę martwić. Kaśka powiedziała, że nic nie zrobię, muszę czekać i zadeklarowała swoją pomoc. Poprosiłam ją jedynie o telefon do szpitala i umówienie mnie na zdjęcie gipsu. Miałyśmy tam pojechać w piątek 10 lipca na godzinę 9.00 rano. Pogadałyśmy chwilkę i Kaśka poszła do domu. Nie potrzebowałam robić żadnych zakupów, bo miałam raczej wszystko, co potrzebne. Zresztą sklep spożywczy nie był aż tak strasznie daleko, by mąż lub dzieci nie mogli iść kupić tego, czego bym nagle potrzebowała.
Następnego dnia jednak znów musiałam prosić Kaśkę o pomoc. Zadzwoniła bowiem bardzo miła pani z UWV które jest odpowiednikiem polskiego ZUS-u. Pani była bardzo wyrozumiała dla mojej nieznajomości holenderskiego i powiedziała że zadzwoni za godzinę. Miałam więc czas by poprosić Kaśkę o ponowne przyjście i pośredniczenie w rozmowie.
Z rozmowy wynikało, że wypadek jednak został zgłoszony. Pani wypytywała się jak do niego doszło, co powiedzieli w szpitalu, kiedy zdejmą mi gips i kiedy mam zamiar wrócić do pracy. Na to ostatnie nie byłam w stanie jej odpowiedzieć, bo sama tego nie wiedziałam. Pani podała Kaśce swoje nazwisko i numer telefonu i poprosiła o kontakt po zdjęciu gipsu. Powiedziała, że mam czekać na decyzję przyznania zasiłku chorobowego od 6 do 8 tygodni.
– Za 8 tygodni to ja już wrócę do pracy – pomyślałam. – A przecież z mojego konta bankowego idą wszystkie opłaty za mieszkanie, prąd, ubezpieczenie… Jak to będzie?
Kaśka zdołowała mnie jeszcze bardziej mówiąc, że wcale nie muszą mi przyznać tego zasiłku. Gdy ona wyszła przeszukałam forum niedziela.nl, a gdy nie znalazłam informacji których szukałam sama zadałam pytanie i czekałam na odpowiedź.
Siedziałam cierpliwie sama w domu i trochę się nudziłam. Przypomniało mi się, że przywiozłam ze sobą z Polski swoje hafty a miedzy nimi rozpoczęty obraz. Niestety dosyć szybko okazało się, że brakuje mi potrzebnych kolorów i znów nie miałam co robić. Na szczęście w piątek mieli mi zdjąć gips, dzieci kończyły szkołę i mieli przyjechać moi rodzice. Miałam zacząć bardziej normalnie się poruszać i przestać być sama przez większą część dnia, a do tego mama obiecała przywieźć mi potrzebne kolory muliny.
Do piątku musiałam się jednak jeszcze pomęczyć z gipsem, który najbardziej doskwierał mi podczas wchodzenia i schodzenia po schodach i podczas brania prysznica. Tego ostatniego pomimo najszczerszych chęci nie mogłam sobie odmówić, bo jak na złość niemal zaraz następnego dnia po wypadku dostałam miesiączki. Codzienny prysznic stał się koniecznością, jednak im bliżej piątku tym lepiej dawałam sobie radę i mąż coraz mniej mi asystował.